Fiedorczuk: Przebudzenie matki

Swój feministyczny coming–out zawdzięczam macierzyństwu. Muszę ze wstydem przyznać, że wcześniej bywało z tym krucho. Pamiętam swoje oburzenie, kiedy prawie dekadę temu recenzent napisał o tekstach piosenek mojego autorstwa, że są „z feministycznym zacięciem”. Ja, feministka? No nie.

burger

Dzisiaj jestem w stanie stwierdzić przyczyny swojej awersji do tego określenia. Niepomna tego, że wybrykom emancypantek, a później feministek zawdzięczam wiele, skupiałam się na tym jak bardzo, określając się tym mianem, tracę w oczach chłopaków oraz niektórych dziewczyn. Bez bicia przyznaję się, że interpersonalna atrakcyjność i bycie „jedną z kolesi”, rechocących z parszywie seksistowskich żartów w garderobie klubu muzycznego było dla mnie, młodej siksy, ważniejsze niż myślenie krytyczne.

Feminizm ma w Polsce fatalny PR. Stereotyp feministki jest równie nieatrakcyjny, co stereotyp leniwej baby w ciąży na L–4, bezmyślnej wózkowej, karmiącej piersią bezwstydnicy, czy roszczeniowej alimenciary. Nie wspominając już o bezdzietnej, hedonistycznej singielce, która zemrze bez szklanki wody przy łóżku (o której zresztą bardzo celnie napisała na łamach CF Justyna Kowalska: link). Dodam również puszczalską, co to sama się prosi oraz brzydką/grubą/leniwą, co to estetykę obraża. Wszystkie te mało pociągające stereotypy, funkcjonujące z sukcesem wśród pań i panów, rozgrzewające do czerwoności dyskusje w internecie dotyczą kobiet.

Wcześniej, nawykła do szczucia cycem na każdym billboardzie puszczałam mimo uszu gadki o przedmiotowym stosunku do kobiecego ciała. Zdanie zmieniłam, kiedy na własnej skórze, a raczej brzuchu, poczułam obcą łapę, która koniecznie chciała „dotknąć dzidzię”. Zastanowiłam się też po piętnastym pytaniu „Ile przytyłaś??? Moja żona tylko siedem kilo, ciągle jest laską!”, względnie „To chyba bliźniaki, jesteś wielka jak TIR!?”, albo „Kawa? Zwariowałaś? To szkodzi dziecku!”. Doświadczenie niemal błyskawicznego przejścia mojego ciała w domenę publiczną było dość zaskakujące. Fakt, ciąża sprzyja fajerwerkom emocjonalno – hormonalnych niespodzianek, które pewne zewnętrzne okoliczności potrafią wyolbrzymić. Niestety, urodziłam i klapki na oczach, które wcześniej pieczołowicie hołubiłam nie wyrosły mi na nowo.

W ciąży nie brałam L–4, bo nie pracuję na etacie. Też źle, bo przecież nie mając stałego dochodu z pewnością zagłodzę dziecko. Z pewnością również wyciągnę rękę po oszałamiający zasiłek z MOPS’u w wysokości 49 PLN miesięcznie, zasilając szeregi roszczeniowych utrzymanek polskiego systemu opieki społecznej.

Nie traktowałam poważnie historii rodem z horroru, które polskie kobiety przeżywają na porodówkach. „Ból porodowy jest dobry” – słyszałam nawet z ust ekspertów Fundacji Rodzić Po Ludzku – „Ból jest potrzebny w nawiązaniu więzi z dzieckiem”. Owszem, doświadczyłam. Lista dodatkowych atrakcji jest równie przyjemna. Ingerencje medyczne przyspieszające poród i wzmagające ból do granic szaleństwa. Traktowanie prośby o znieczulenie jak książęcej fanaberii. Na deser – próby wywołania we mnie poczucia winy, że wszystko skończyło się interwencyjną cesarką. To wszystko, dla mnie, podobnie jak dla dziecka, prawdopodobnie zbyt dobre nie było. Pamiętam jak dziś: leżałam w sali pooperacyjnej, otumaniona morfiną. Moje dziecko leżało w inkubatorze podłączone do aparatury oddechowej. To naprawdę nie jest najlepszy moment na zdania „Nie każda kobieta może urodzić naturalnie” oraz „No przecież źle pani parła”. Obie kwestie padły z ust personelu medycznego, notabene, samych kobiet. Wyobraźmy sobie sytuację, w której pacjent, który przeszedł operację, np. wskutek wypadku po przebudzeniu słyszy: „I czego się pchał pod ten samochód? To twoja wina, że cię boli.”. Primum non nocere zdaje się dotyczyć także zdrowia psychicznego.

A to dopiero początek. Później dopiero zaczynają się schody: dosłownie i w przenośni. Wszędzie schody, kamienno–betonowa klatka 500×500 metrów, tyle ile wynosi droga z i do parku, ewentualnie jeden warzywniak w którym mieści się wózeczek. Dla mnie ta klatka jest za mała. Radzę sobie z nią przy pomocy silnych bicepsów, sporadycznie nosidła, lekkiego wózka z wyższej półki, którego nie kupiłam za becikowe (nie wzięliśmy, zresztą chyba nam nie przysługuje). Bezczelnie wkraczam w przestrzeń nieprzyjazną matce i dziecku: zakład fotograficzny, księgarnia, supermarket. A niech tylko zakwili, albo ryknie! Całe szczęście syn mój z tych płaczących mało. Kątem oka dostrzegam zawstydzone matki, których niemowlęta płaczą w Tesco, ingerując w idylliczny nastrój sklepowego muzaka. W centrach handlowych przynajmniej uświadczysz kibla z przewijakiem.

W internecie wiadro pomyj na bezmyślne matki, zabierające dzieci do siedlisk zarazków. Kolejne, na karmiące piersią w miejscach publicznych. Dwa kolejne: na zapuszczone lochy z rozstępami, które w dupie (wielkiej) mają pociążowy fitness i śmieją obnosić macierzyńskie nadwagi w świecie pięknych, szczupłych i zadbanych. Wiadro, a raczej spory słój wonnych resztek spożywczych na karmiące sztucznie (ale cyckiem w mieście też nie wolno), na futrujące bezbronne niemowlaki straszliwymi słoiczkami z gotowym, przetartym jabłkiem. Na ekoświruski nieszczepiące i na szczepiące morderczynie. Na te w depresji poporodowej. Na te co za szybko wracają do pracy, w której zarabiają tyle, by opłacić opiekunkę. Na te, które siedzą w domu i pasożytują na mężu, nic dziwnego, że je bije i wydziela hajs.

Można tak w nieskończoność. Dostrzegam wiele przyczyn, jednak główną jest samotność. Samotność macierzyństwa w Polsce, niezależnie od stanu cywilnego (wolę nie zaczynać o samotnych matkach, wyłudzających alimenty z FA, wydzierających miejsca w żłobkach uczciwym mężatkom). Pięknie pisze o tym blogerka Matka Tylko Jedna. Kobieta, stając się matką przechodzi przemianę, a każdej przemianie towarzyszy kryzys. W kryzysie potrzebne jest wsparcie. Przed czasami powojennymi odpowiedzialność za wychowanie i opiekę nad dziećmi spoczywała nie tylko na matce, ale na całej rodzinie, ba, społeczności. Teraz słowo „rodzina” skurczyło się do dwojga rodziców z dziećmi lub z dzieckiem. Zapracowany, czasem mało współpracujący partner, dziadkowie po drugiej stronie Polski. Państwo dające iluzję wsparcia w postaci darmowego cheeseburgera, jakim jest roczny macierzyński. Nie dające wyboru w postaci chociażby powiększenia infrastruktury państwowych żłobków i przedszkoli, na Zeusa, przecież nie każdy lubi smażone mięso! Na deser społeczeństwo, w praktyce i przestrzeni publicznej kobietom dzietnym niechętne, a nawet wrogie. W tym wszystkim samotne wyspy matek, z taborami wózków i zakupów. Trochę przestraszone popatrujemy na siebie, mijamy się w parku niby obojętnie. Wstrzymujemy oddech i wciągamy brzuchy.

Natalia Fiedorczuk

Ilustracja: Zuzanna Janisiewicz

design & theme: www.bazingadesigns.com