Kronika zapowiedzianego gwałtu: kwestia odpowiedzialności w społeczności queerowej

Kai Cheng Thom
tłum. Dag Fajt, korekta: Nina Kuta
Podziękowania Pawłowi Dembowskiemu z Rady Języka Neutralnego za konsultację językową.


Gdy jako młode pedały, lesby czy transy marzymy o „queerowej społeczności”, mamy na myśli miejsce świeckie, lecz zarazem święte – czy mówiąc inaczej, jak lubią zresztą powtarzać aktywiści, marzymy o „bezpiecznej przestrzeni”. Queerowa społeczność, która żyje w naszej kolektywnej wyobraźni jest bezpieczna dla naszych ciał, bezpieczna dla naszych dusz, bezpieczna dla niezmierzonej tęczy różnorodnych tożsamości i orientacji. To marzenie utrzymuje nas przy życiu: marzenie domu bez granic, krainy między krainami, pełnej brokatu i drag queenek, darmowych kondomów i magii.

Ewelina Szakińska, ASP Warszawa

W tej bajecznej, fikcyjnej Queerlandii jesteśmy wolni – wolni od opresji, której doświadczyliśmy z ręki często przemocowych czy zaniedbujących nas rodzin i społeczności, w których się wychowaliśmy. Jak sobie wyobrażamy, w Queerlandii nikt nie jest wykorzystywany, bity, gwałcony. Nikt nie jest wykluczony. Nikt nie jest pominięty. W Queerlandii nasze poglądy są progresywne, a nasze słowa przynoszą rewolucję. Jesteśmy wolni by kochać siebie, innych – i co najważniejsze, być kochanym. Queerlandia to dom, Dom w idealnej formie, gdzie, jak chcemy sobie wyobrażać, wszystko jest możliwe i nic złego nie może się zdarzyć. 

Lecz oczywiście tak naprawdę nie żyjemy w Queerlandii, choć rzeczywiście istniejących Domów i innych queerowych przestrzeni jest całkiem dużo, zarówno w realu, jak i w internecie. Społeczności te są pełne poranionych marzycieli – jak mogłyby nie być? I właśnie dlatego, że jesteśmy tak poranieni, nie jesteśmy przygotowani na rzeczywistość, w której złe rzeczy dzieją się pośród nas – nie wiemy jak o tym mówić, jak sobie z tym radzić, jak leczyć te traumy. Nie wiemy jak przeprowadzać trudne rozmowy, jak patrzeć na siebie i innych przez pryzmat miłości i sprawiedliwości jednocześnie. Albo należysz do Queerlandii, albo nie. Nie istnieje nic pomiędzy. 

Być może dlatego, gdy tylko dzieje się coś złego, tak rzadko spoglądamy na nas samych i na kwestię naszej współodpowiedzialności i zarazem jesteśmy tak chętni, by nadać osobom, które czynią w naszych społecznościach szkodę łatkę potwora. Bo przecież czym w końcu jest potwór? To istota, która przychodzi z Pomiędzy – pomiędzy rzeczywistości i fantazji, zła i dobra, krzywdy i procesu leczenia. Tworzymy potwory z tego, co boimy się zobaczyć w odbiciu lustra.

Gdy miałam jakieś 19 lat, kochałam się w homoseksualnym chłopcu o imieniu Cory (imię wymyślone). Cory był biały, umięśniony, i piękny. W tamtym czasie wciąż prezentowałam się przed światem jako zniewieściały chłopak azjatyckiego pochodzenia (sam dół męskiej homo-hierarchii), więc nie wydaje mi się, by zwrócił uwagę na moją gorzką, wielbiącą go miłość Może był na tyle uprzejmy, że nie chciał jej zauważać. Cory kochał się w innym białym geju, Jonathanie (imię również zmyślone). 

Związek Cory’ego i Jonathana był intensywny i burzliwy na sposób, który w owym czasie sprawiał dla mnie wrażenie romantycznego. Ich pełne wybuchów kłótnie czy napady zazdrości wyglądały jak dowód na to, że bardzo się kochają. W świecie, w którym dorastałam, miłość i wściekłość łączyły się ze sobą tak bardzo, że były niemalże synonimami i wiem, że nie jestem w tym doświadczeniu sama. Czyż tego właśnie nie mówią rodzice, gdy krzywdzą swoje queerowe dzieci? 

Popatrz tylko do czego mnie zmusiłxś. To dla twojego dobra. Krzywdzi mnie to bardziej niż ciebie. 

Spędziłam z Corym mnóstwo czasu, próbowałam być dobrą przyjaciółką w nadziei, że się mną zainteresuje. Zamiast tego, uczynił mnie swoją powierniczką, tworząc ten rodzaj jednostronnej relacji, jaką wiele mężczyzn tworzy z bliskimi im kobietami. Gdy słuchałam jak Cory rozmawia o swojej przeszłości, dorastaniu w przemocy, o jego nadziejach i lękach, zdałam sobie sprawę, że on też miał problem z rozróżnieniem miłości i gniewu. Miłości i bólu. Miłości i przemocy.
Może kiedyś, myślałam sobie z oszałamiającą naiwnością, zda sobie sprawę z tego, że pokrewne z nas dusze. I uleczymy się nawzajem. 

Pewnego dnia poszłam odwiedzić Cory’ego w jego mieszkaniu w centrum Montrealu po tym, jak znowu pokłócił się z Jonathanem. Wiedza, że jestem pierwszą osobą, do której się zwraca w takich sytuacjach, że tylko ja mogę dostarczyć mu ukojenie, którego pragnie, w sposób niemalże perwersyjny napełniała mnie pewnym rodzajem wstydliwej dumy dumą. Opieka nad innymi zawsze była moim pierwszym i najsilniejszym językiem miłości, co często wpędzało mnie w tarapaty. Cory powiedział mi kiedyś, że jestem bardzo „matczyna” – komplement ten palił mnie upokorzeniem ze względu na sugerowaną seksualną czystość. Nie chciałam być czyjąś matką, chciałam być kochanką. 

Dotarłam do Cory’ego i zadzwoniłam do drzwi. Wdrapałam się przez długą, spiralną klatkę schodową na trzecie piętro, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Zobaczyłam, że drzwi są uchylone. Salon był w nieładzie, z powywracanymi meblami i rzeczami rozrzuconymi po podłodze. Cory łkał w sypialni. Poszłam tam i usiadłam na łóżku tuż obok niego. 

Co jest nie tak?” spytałam. Co się stało?”

Jonathan mnie zdradza,” powiedział przez łzy. Pokłóciliśmy się. Powiedziałem mu, że ma się wynosić, ale on nie chciał. Więc popchnąłem go, a on … zleciał ze schodów”.

Nic nie odpowiedziałam. Nic też nie czułam, poza mglistą, chłodną obojętnością, która towarzyszy mi za każdym razem, gdy dzieje się coś okropnego. Do dzisiaj, gdy ktoś zaatakuje mnie na ulicy lub gdy słyszę czyjś krzyk, pierwsza rzecz jaką czuję, to ten cichy, śmiertelny spokój.

Cory zwrócił się do mnie nagle z agresją i podniesionym, chwiejącym się głosem. „On też się ze mną kłócił” powiedział, jakby się tłumacząc, choć przecież nie wymówiłam jeszcze ani słowa. „On krzywdzi mnie cały czas, ale uchodzi mu to na sucho, bo znęca się nade mną psychicznie. Nikt tego nie widzi. Wszyscy widzą tylko to, jak ja go krzywdzę”.

Ponownie nie odpowiedziałam. Nigdy nie poruszyłam z Corym tematu jego przemocowego związku, choć zapewne znał moje uczucia w tym temacie. Nie byłabym zdziwiona, gdyby okazał się bardziej spostrzegawczy niż wtedy sądziłam. Nasza przyjaźń nie wytrzymała długo po tym wydarzeniu. 

Jeśli istnieje w świecie jakakolwiek opowieść, którą chcę opowiedzieć tak jak należy, pragnę by była to właśnie ta. Gdy byłam mała, kłamstwo stanowiło dla mnie jedyną drogę przetrwania. W swojej autobiografii „Jak poezja ocaliła moje życie” lesbijska pisarka i samorzeczniczka walcząca o prawa osób pracujących seksualnie Amber Dawn pisze, że „kłamstwo jest drogą tych, których nauczono, że ich prawdy są nic niewarte”. Spędziłam całe swoje dorosłe życie w poszukiwaniu Prawdy, takiej o której trzeba powiedzieć, bo inaczej się umrze. Prawdy, której powiedzenie może cię zabić.

Szukałam odpowiedzi na pytania: Czemu dzieją się złe rzeczy? Czemu skrzywdzeni ludzie krzywdzą innych? Czemu im na to pozwalamy? Jak możemy to powstrzymać? 

Są to pytania, których w Queerlandii nie zadajemy. Może dlatego, że gdybyśmy zaczęli to Queerlandia jaką znamy przestałaby istnieć. 

Klasyczna książka Gabriela Garcíi Márqueza Kronika zapowiedzianej śmierci zadaje pytania odnoszące się do kolumbijskiego społeczeństwa analogiczne z tymi zadawanymi przeze mnie. W tej noweli, mężczyzna o imieniu Santiago Nasar zostaje zamordowany przez bliźniaków Vicario, którzy pragną pomścić odebranie dziewictwa ich młodszej siostry, Angeli. Ani Angela, ani narrator noweli nie ujawniają czy opisane „odebranie dziewictwa” było konsensualnym stosunkiem, czy też gwałtem, ale wina Nasara za popełniony czyn zostaje podana w wątpliwość w trakcie akcji książki.

Kronika zapowiedzianej śmierci napisana jest w kanonie kryminału, lecz już w pierwszym rozdziale wywraca gatunkowe konwencje przez ujawnienie okoliczności morderstwa Nasara oraz tożsamości zabójców. Każdy z kolejnych rozdziałów opisuje ciąg prowadzących do mordu zdarzeń przybierając perspektywy różnych mieszkańców wioski. Nowela powoli ujawnia, że praktycznie cała osada wiedziała o morderczych zamiarach braci Vicario, lecz z różnych powodów – wygody, poczucia honoru, strachu, lenistwa, głupoty i złośliwości – nikt nie postanowił powstrzymać ich ziszczenia. Momentami zdaje się nawet, że bracia celowo przechwalają się swoim planem w nadziei, że ktoś im się sprzeciwi, lecz ostatecznie nikt tego nie robi. Tak więc, Nasar zostaje brutalnie zamordowany, bracia trafiają do więzienia, a Angela pozostaje zhańbiona na resztę swojego życia. 

Kronika zapowiedzianej śmierci zapewnia mapę do pytań, które zadaję obecnie społeczności queerowej, tej w której dorastałam i w której nadal żyję. Są to pytania dotyczące natury przemocy i kolektywnej za nią odpowiedzialności, maskowane przez zasady społeczne typowe dla odpowiednio fikcyjnego miasta w książce Marqueza i queerów. Marquez skupia się na pojęciu honoru i brutalnej śmierci, lecz ja zdaję się iść w nieco innym, choć powiązanym kierunku. W społeczności queerowej dobrze wiemy, czemu umieramy – zabija nas homofobia i transfobia, mordują obcy, rodzina i państwo, które zdaje się stawiać za priorytet odebranie nam podstawowych zasobów takich jak opieka zdrowotna i schronienie. Rzeczą, której nie wiemy jest to czemu krzywdzimy siebie nawzajem – psychicznie, fizycznie i seksualnie. 

Kilka lat po tym, jak Cory zrzucił swojego chłopaka ze schodów, wciągnęłam się ostro w montrealską scenę queerowo-punkową. Montrealska społeczność queerowa, bardziej niż jakakolwiek inna jaką znam, żyła ideą punkowego anarchizmu – poglądu, który odrzuca autorytarną władzę, taką jak władza państw narodowych, oraz pławi się w pozbawionym wszelkich barier, pełnym radości wyrażaniu przyjemności i seksualności. W Montrealu być queerem to być punkiem, to być feministką, to być anty-kolonialną, to być seks-pozytywną, to być przyjazną używkom (przynajmniej w teorii). W Montrealu wizja Queerlandii kwitnie, pełna błysku i wyszczerbionej pozłoty. 

W montrealskiej społeczności queerowej, bezpieczeństwo i odpowiedzialność zdają się być dyskutowane w niekończącym się zapętleniu. Raz za razem afirmujemy prawo każdej osoby w naszym otoczeniu do życia w bezpieczeństwie od przemocowych partnerów i przemocy w każdej jej formie, a także potępiamy wszystkich tych, którzy mogli dopuścić się takich czynów.

Sprawcy, jak oznajmiamy publicznie, nie są mile widziani na naszej imprezie, warsztatach, proteście czy akcji bezpośredniej. Ich imiona są przekazywane dalej w nieoficjalnym obiegu szeptów, we wpółprywatnych dokumentach wrzucanych do sieci, a czasem także w publicznych calloutach na social mediach.

Ale co robimy z osobami, które okazują się być zarówno sprawcami, jak i ofiarami?

W tamtym okresie mojego życia miałam przyjaciela, tu nazwijmy go Ronanem. Ronan był chłopakiem zbliżającym się trzydziestki, któremu, jak się wówczas zdawało, jadła z ręki cała queerowa scena. Po pierwsze, był piękny. Po drugie, cudownie spędzało się z nim czas – miał szalenie ostre i subtelnie złośliwe poczucie humoru z gatunku tych tak uwielbianych przez queery, świetnie tańczył i stanowił duszę towarzystwa. 

Kochałam Ronana jak własnego brata, a on odwzajemniał moje uczucie. Myślę, że to dlatego, że słuchałam go nawet, gdy nie był ani zabawny, ani szczególnie towarzyski. Chodziliśmy razem na imprezy, braliśmy dragi i leżeliśmy na moim dachu pijąc razem lemoniadę z prądem w oszałamiającym gorącu montrealskiego lata. Opowiadał mi o swoim przemocowym dzieciństwie, ja odwdzięczałam się tym samym.

O Ronanie należy wiedzieć, że jak raz zaczął brać czy pić, to nie mógł przestać. A jak nie mógł przestać to robił się wredny, szczególnie jeśli coś szło nie po jego myśli. Któregoś dnia powiedziałam mu, że muszę się zbierać, gdyż jestem umówiona z moim chłopakiem. Ronan wyśmiał mnie – po czym przywalił mi w klatkę piersiową na tyle mocno bym się zachwiała i straciła dech. 

Na sekundę zamarłam w szoku. Potem, w chłodnej obojętności, która towarzyszyła mi przez całe życie w momentach, w których normalną reakcją byłby gniew czy strach, wymierzyłam Ronanowi policzek Ronana i powiedziałam „Posłuchaj, kocham cię, ale jeśli jeszcze raz mnie walniesz, przysięgam, że zacznę cię bić aż nie przestaniesz”

Dopiero teraz, w momencie gdy piszę te słowa, zdałam sobie sprawę że kiedyś w wieku szesnastu lat powiedziałam niemalże identyczną rzecz mojemu ojcu. Ciekawe czy Ronan powiedział kiedyś coś podobnego swojemu.

Miłość i gniew. Miłość i ból. Miłość i przemoc. Queery znają, bardziej niż byśmy chcieli się do tego przyznać, związek pomiędzy tymi stanami. Zapewne dlatego moja przyjaźń z Ronanem wydawała mi się być taka normalna. 

Przemoc jest normalizowana w Queerlandii i kompletnie niewidoczna, aż do momentu, gdy nagle przestaje taka być. Gdy ktoś z dostateczną liczbą przyjaciół i pozycją społeczną publicznie oznajmi: „Ta osoba mnie skrzywdziła”. Ale przez większość czasu zwykłe mówienie o swojej krzywdzie nie jest wystarczające, by ludzie ci uwierzyli. Oto jest potęga naszego poświęcenia w celu ochrony tego mirażu, tej pięknej fantazji jaką jest nasza społeczność. Jest nas przecież tak mało, a tych którzy chcą nas zniszczyć tak dużo. Życie już i tak jest tak ciężkie i niebezpieczne. Łatwiej jest obrócić się plecami i udawać, że nie widzimy tego, co dzieje się wprost na naszych oczach.  

By zostać usłyszanym, a w konsekwencji obdarzonym wiarą i zaufaniem, osoba mówiąca o przemocy musi używać języka traumy, kryzysu, poważnej krzywdy. Sarah Schulman, lesbijska pisarka i teoretyczka, opisuje to jako proces eskalacji, w której cierpienie indywidualnych osób nie jest brane na poważnie, dopóki nie zostanie wyrażone w języku skrajności. Schulman twierdzi, że może prowadzić to do wyolbrzymienia krzywdy, co w społeczności queerowej jest bardzo kontrowersyjną hipotezą. 

Jako społeczność mamy tendencję do reagowania tylko na ekstremalną krzywdę, która została nam w oczywisty sposób pokazana, w trakcie gdy ignorujemy subtelniejsze objawy przemocy i to, jak podlegają one eskalacji. Nie rozumiemy ani tego jak zaczynają się toksyczne związki, ani jak się rozwijają; nie rozpoznajemy wczesnych oznak przemocy i nie stosujemy technik, które mogą pomóc nam w zapobieganiu przemocy nim dojdzie do tragedii, czy traumy. Nie dążymy do aktywnego rozpoznania czyniących szkodę osób nim nie skrzywdzą kogoś tak mocno, że wygnanie ich poza nawias społeczności zdaje się być naszą jedyną opcją. 

Wpadamy więc w jednoczesną obsesję na punkcie przemocy i obsesyjne tej przemocy unikanie. Staramy dystansować się jak tylko możemy od wszystkiego, co przypomina przemoc czy też zmusiłoby nas do podjęcia trudnych wyborów. Myśl o tym, że my sami, bądź ktoś kogo kochamy może być zdolny do popełnienia przemocy, bądź już się jej dopuścił, staje się wręcz niemożliwa, gdyż przekroczenie tej mentalnej granicy oznacza stracenie Queerlandii – czyli innymi słowy stracenie wszystkiego. 

Jeszcze w tamtym roku ja i Ronan poszliśmy pić z grupką sławnych (przynajmniej w Queerlandii) queerów, aktywistów i akademików. Wszyscy byli zadeklarowanymi feminist_kami, którzy regularnie wypowiadali się na tematy takie jak konsensualny seks, nieheteronormatywne relacje i przemoc.

Keith, chłopak Ronana, był białym gościem i zarazem jednym z tych sławnych queerowych aktywistów. Wiedziałam, że często się kłócili – Ronan dorastał w biedzie, był ofiarą rasizmu, zaś Keith urodził się biały i przy kasie. Przy takim, nieznośnym dla Rohana braku równowagi pozycji społecznej i finansowe konflikty były nieuniknione. Wspierałam go, bo sama przecież wiedziałam jak to jest być bardziej zmarginalizowaną, mniej liczącą się stroną w relacji. 

Tamtej nocy doszło pomiędzy nimi do kłótni. Jak w przypadku większości konfliktów z Ronanem, wszystko zaczęło się wolno, by potem nagle eksplodować. Szli montrealskim North Endem kłócąc się ze sobą, aż Ronan bez ostrzeżenia kompletnie stracił panowanie nad sobą i przywalił Keithowi w twarz. Byłam w stanie usłyszeć uderzenie, to jak powietrze wyrwało się mu z płuc. Zobaczyłam jego rozszerzające się oczy, czerwieniejącą twarz i krew bryzgającą mu z ust, jej krople lądujące na chodniku, kompletnie czarnym przy świetle ulicznych lamp.

Wspomnienie Cory’ego i Jonathana przemknęło mi przez głowę. Obiecałam sobie wtedy, że gdy następnym razem będę świadkiem przemocy w związku to zareaguję. Poza tym nie byłam sama – otaczali mnie sami sławni queerowi aktywiści do cholery, wszyscy ponad dekadę starsi i bardziej doświadczeni. Myślałam, że będą wiedzieć co robić.

Ale nikt nie zareagował.

Jakiś czas później zapytałam jednego z tych sławnych queerowych aktywistów o to, co sądzi o tamtej nocy. 

„Nie uważam, że to co zrobił Ronan było okej” powiedziałam.

Popatrzył się w podłogę. Ciężko westchnął. „Tak, tak”, powiedział, „staram się po prostu o tym nie myśleć”.

Kiedy dopiero zaczynałam wchodzić w społeczność queerową, nauczono mnie, że za akt przemocy w związku zawsze odpowiada jej sprawca, nie zaś ofiara. Ten komunikat, wbijany mi w kółko przez ludzi którym ufałam, stanowi rdzeń systemu przekonań queerowych społeczności, do których należę. I wciąż wierzę, że na pewnym poziomie jest to prawdą. Z drugiej strony, zastanawiam się, czy nie ma innych prawd, które pomijamy poprzez skupienie się wyłącznie na rozumieniu przemocy w związku jako indywidualnego wyboru dokonywanego przez paru potwornych ludzi, a nie zaś części problemu systemowego, do którego wszyscy się dokładamy. 

Przy czym postawmy sprawę jasno: przetrwańcze przemocy seksualnej i domowej nigdy nie są odpowiedzialne za działania osoby (bądź osób), które je skrzywdziły. Sugeruję natomiast, że nadzwyczaj ważne jest zwracanie uwagi na to, jak społeczności tworzą i aktywnie podtrzymują system, w którym istnieje wysokie prawdopodobieństwo występowania przemocy. Sprawiedliwość karna nie jest sposobem na przeciwdziałanie krzywdzie. 

Queerlandia jest pełna dwójmowy i sprzeczności, bo stanowi marzenie stworzone przez istoty ludzkie. Pragniemy bezpieczeństwa i porządku, ale kochamy dreszczyk emocji związany z przekraczaniem granic i niebezpieczeństwem. Mamy obsesję na punkcie seksu i deklarujemy się jako sekspozytywni, ale przerażają nas możliwości wyrządzenia nim komuś krzywdy.

W społeczności queerowej najpierw mówiono mi że świadoma zgoda jest świętością ponad wszystkie inne, by potem wielokrotnie wrzucać mnie w sytuacje pełne osób pijanych, bądź odurzonych ponad wszelką zdolność do klarownej komunikacji. Dokładnie ci sami ludzie, którzy organizowali warsztaty o świadomej zgodzie i perorowali o niej na socialach, dotykali, obmacywali i całowali mnie wielokrotnie nigdy nie pytając o to, czy wyrażam zgodę.  

Twierdzimy, że chcemy tworzyć bezpieczniejsze przestrzenie, w których można wyrażać swoją seksualność, ale nie mamy zielonego pojęcia, jak tak naprawdę się za to zabrać. Postawienie ot tak po prostu znaku „GWAŁCICIELE NIEMILE WIDZIANI” przy wejściu na imprezę nie sprawia, że będzie ona promować bezpieczny seks. Społeczność nie może nauczać świadomej intymności poprzez ignorowanie przemocowych zachowań, dopóki ktoś nie wstanie i nie zacznie krzyczeć „TA OSOBA MNIE MOLESTOWAŁA”, by potem pospiesznie wyrzucić poza nawias osobę oskarżoną.

Pod powierzchnią fantazji, którą jest Queerlandia są prawdziwi ludzie i miejsca, pełne gniewu i bólu. Nosimy ze sobą wspomnienia traumy doświadczonej przez nas w domach rodzinnych i homo- i transfobicznym społeczeństwie, by potem wyrzynać ją ponownie na skórze innych. 

Wchodziłam do Queerlandii, jako jeszcze dojrzewająca osoba – od końca nastolęctwa do momentu, gdy skończyłam dwadzieścia parę lat. Polegałam na tych, których uważałam za starszyznę i mentorów. W rzeczywistości byli oni zaledwie dekadę starsi ode mnie, czasami nawet i młodsi. Byłam jednak zupełnie bezbronna i zarazem lgnąca do ludzi, głównie ze względu na to, że rodzice nie byli w stanie dostarczyć potrzebnego mi wsparcia – jestem w końcu transpłciową Azjatką, która dorastała w homo- i transfobicznej społeczności migranckiej. Potrzebowałam queerów i transów, którzy nauczyliby mnie o queerowych normach, queerowej kulturze, queerowym seksie. Potrzebowałam, by inne queery nauczyły mnie tego co musiałam wiedzieć, by mnie chroniły.

Relacje mentorskie, w których uczestniczyłam, były głównie nieformalne, bez jasno wyznaczonych granic. Niektórzy mentorzy byli szczodrzy i zawsze będę im za to wdzięczna. Nikt jednak nigdy nie powiedział „Jestem dla ciebie bezpiecznym dorosłym. Oto, co rozumiem przez te określenie. To mogę ci zapewnić, tego już nie”. Możliwe że właśnie z tego powodu nie miałam pojęcia czego oczekiwać od osoby mentorskiej, co jest odpowiednim zachowaniem, a co nie. 

Gdzie była starszyzna Queerlandii, gdy doznawałam przemocy? Czemu nic nie powiedzieli, nie zareagowali? Czemu nikt mnie nie ochronił? Kto ponosi odpowiedzialność za rodzicielstwo i przewodzenie społeczności, w której praktycznie każda osoba to dzieciak, który był zmuszony uciec od swoich rodziców?

Leah Lakshmi Piepzna-Samarasinha zadaje w swoich wierszach pytanie, które nie daje mi spokoju: „Jakim mentorem będziecie dla następnych pokoleń?”. Wiedziałam, czego pragnęłam ja sama. Porad. Relacji. Nauki. Zastanawiam się, czy sama byłabym w stanie zapewnić te rzeczy komuś innemu. Gdy patrzę na młode osoby w swoim życiu, widzę w nich ciągłe pragnienie, które odzwierciedla to, czego pragnę sama. Jak mogę zostać dla kogoś wzorem skoro sama praktycznie ich nie miałam? Romantyzujemy starszych, doświadczonych członków społeczności, ale nie mamy pojęcia na czym ma polegać odpowiedzialność międzypokoleniowa i jak tworzyć tego typu relacje opierając je na zarówno chęci, jak i uczciwości. 

Czy jeśli miałabym prawdziwe międzypokoleniowe wzorce i relacje w Queerlandii – mentorów, którzy chroniliby mnie, uczyli i mieli na uwadze mój dobrostan – to czy nadal byłabym ofiarą gwałtu, molestowania seksualnego i innych naruszeń?
Przez długi czas zastanawiałam się czemu moje doświadczenia przemocy w społeczności queerowej przez tak długi czas pozostawały niezauważone – nie tylko przez nią samą, ale także przeze mnie. Do pewnego stopnia powodem mogą być moje osobiste problemy ze uświadomieniem sobie czym właściwie jest przemoc. Nikt nie nazwał tego co przeżyłam przemocą, więc nikt nie wiedział, że do czegokolwiek doszło – nawet gdy działo się to wprost na naszych oczach.

Myślę, że właśnie dlatego przypadkowy queerowy facet, którego nigdy wcześniej nie spotkałam, był w stanie podejść do mnie na imprezie w jednym z montrealskich punkowych barów, chwycić mnie całą i zacząć wielokrotnie uderzać mną o ścianę.
Nikt nic nie powiedział. Nikt nic nie zrobił. Nikt nie pomógł mi, gdy szarpałam się by ze mnie zszedł. Nikt nie drgnął, gdy walczyłam o każdy oddech, gdy moje kości krzyczały naprzeciw nieugiętemu murowi, aż w końcu udało mi się go złapać i ze mnie zwalić. Nikt nie odpowiedział, gdy wybiegłam na zewnątrz i powiedziałam do grupki osób na fajce “Ej, ten gość w środku przed chwilą mnie zaatakował!”.

To nie byli nieznajomi, jakieś losowe cishety gapiące się na transpłciową kobietę atakowaną i bitą przez homofoba. Wszyscy byli członkami społeczności, moimi znajomymi, którzy nie zrobili nic, gdy ich kumpel zaatakował mnie w sposób, który mógł skończyć się trwałymi uszkodzeniami ciała. Wciąż pamiętam kto tam był, ich imiona i nazwiska. 

Minęły lata, lecz gdy myślę o tej całej sytuacji, wciąż czuję gniew, falę gorąca przepływającą mi przez kręgosłup. Czemu nikt się nie ruszył? Nie przejął? Nie zapytał, jak się czuję? Czy to dlatego, że nie był to jasny i klarowny atak na tle seksualnym, przynajmniej na typową modłę? Czy fizyczny atak, który mógł doprowadzić do mojej śmierci jest dla społeczności queerowej mniej ohydny? Czy może ten atak nie zasługiwał na żadną reakcję, bo nie jestem biała, bo niczego jeszcze nie opublikowałam, bo nie byłam jeszcze jedną z „ważnych”? 

Przez cały ten czas obserwowałam, jak niektórzy z tych queerów robili publiczne callouty, domagając się by ich prześladowcy zostali wyrzuceni poza nawias społeczności. Czasem udawało im się osiągnąć cel, w imię zasady że ofiarom zawsze należy wierzyć. Dokładnie te same osoby widziały na własne oczy co się stało na tamtym przyjęciu i miały mnie gdzieś.

Czemu ich cierpienie było ważniejsze niż moje?

W tym momencie eseju początkowo chciałam umieścić obrazową anegdotę o moim własnym doświadczeniu przemocy seksualnej. Wydawało się, że jest to coś co należy zrobić. Miałam zamiar, by moje własne doświadczenie przemocy stało się centralnym punktem eseju, metaforą dla szerszego problemu przemocy intymnej w społeczności queerowej – innymi słowy, czegoś o czym wiedzą wszyscy, lecz mówią nieliczni. Wiemy, że przemoc występuje, widzimy jak się rozwija, a nawet do pewnego stopnia przewidujemy, kto stanie się jej ofiarą, lecz robimy na ten temat niewiele, choć strasznie dużo o tym mówimy. 

Ale moje doświadczenie przemocy nie jest metaforą.
Moje ciało nie jest metaforą.
Moje życie nie jest metaforą. 

Przetrwaństwo nie powinno stanowić rodzaju talonu na uczestnictwo w publicznej debacie o przemocy intymnej. Nie powinniśmy być zmuszani do deklarowania „Zostałxm zgwałconx” i wymieniać listy tych, którzy nas skrzywdzili, by brano nas na poważnie i udzielono wsparcia. 

Jak powtarzają feministki, żyjemy w kulturze gwałtu i społeczność queerowa nie jest od tego wyjątkiem. Dla takich jak ja, kolorowych, transpłciowych kobiet, grupy społecznej, która statystycznie ma najmniejsze szanse na otrzymanie wsparcia, oznacza to, że nasi oprawcy to nie po prostu jedna czy dwie złe osoby. Moje życie intymne, zarówno seksualne jak i platoniczne, w dużej mierze istniało i istnieje na spektrum przemocy, w które łapie się większość moich osób partnerskich i wielu moich przyjaciół. Kwestia przemocy intymnej i seksualnej nie jest sprawą indywidualną, a kulturową – jesteśmy za nią odpowiedzialni, wszyscy. Ty też. 

Me too.

Co musiałoby się zadziać, byśmy mogli zbudować prawdziwie bezpieczną społeczność? Nie taką, która jest idealnie, rygorystycznie bezpieczna w znaczeniu kompletnego braku ryzyka (bo coś takiego nie jest możliwe na tym świecie), lecz bezpieczną na tyle, by móc gonić za przygodą i intymnością wiedząc, że nasi stoją za nami murem? Gdzie bylibyśmy wystarczająco bezpieczni, by móc popełniać błędy i tak, krzywdzić ludzi w sposób, w który każdy z nas czasami kogoś krzywdzi – z czystej głupoty, nieuwagi, niezgrabności – lecz potem móc zadośćuczynić im w sposób, który nie tworzy większej krzywdy, ale zaczyna proces leczenia? Gdzie gwałty i trauma kolorowych, transpłciowych kobiet nie jest czymś z góry przesądzonym?

Myślę, że oznaczałoby to porzucenie marzenia o Queerlandii, które owszem, utrzymywało nas przy życiu, lecz zarazem paraliżowało nas jak pająki złapane w swoją własną, dystopijną sieć. Queerlandia jest bowiem marzeniem o perfekcji, co oznacza że tylko idealni ludzie – idealne ofiary, idealne przetrwańcza – mogą w niej żyć. Może właśnie dlatego tak wiele znanych mi queerów, którzy najgłośniej mówią o przemocy i potrzebie cancelowania sprawców, są tymi osobami, które najczęściej manipulują i prześladują innych oraz ignorują brak czyjejś świadomej zgody. 

Co jeśli nie czekalibyśmy aż toksyczna relacja pomiędzy dwójką queerów przemieni się w znany nam zbyt dobrze wir wzajemnych calloutów i ostracyzacji, tylko serio ze sobą porozmawiali i interweniowali, gdy ktoś zdaje się potrzebować pomocy?
Co jeśli nie balibyśmy się spytać „Sorka, o ile się wcinam i jestem w błędzie, ale czy na pewno jest ci dobrze w tej relacji?”.
Co jeśli nasze społeczności i sceny byłyby oparte na naszych rodzinach z wyboru, tak by każdy mógł poprosić kogoś bardziej doświadczonego o radę? Gdybyśmy byli w stanie pociągnąć do odpowiedzialności naszą osobę przyjacielską czy partnerską, która kogoś skrzywdziła, ale traktując ją z miłością i bez uciekania się do sprawiedliwości karnej?
Co jeśli miast urządzania polowań na potwory między nami, stanęlibyśmy na długo przed lustrem, i popatrzylibyśmy na swoje odbicie pełni odwagi i miłości? Kogo byśmy wtedy zobaczyli?

Queerlandia jest miejscem za którym tęskniłam, gdy dojrzewałam w przemocowym domu.
Queerlandia jest wszystkim o czym marzyłam, o co walczyłam i za co byłam gotowa umrzeć.
Queerlandia ocaliła mi życie, dając powód by je dalej toczyć.


To miraż, rewolucyjna idea tak twarda, skrząca się i zaskakująco ostra jak buty drag queenki.
To tylko wydmuszka ideału, iluzja bezpieczeństwa namalowana na powierzchni znacznie desperackiej i okrutnej rzeczywistości.
Teraz chcę już żyć w prawdziwym świecie — tak, oczywiście miejscu znacząco brzydszym, lecz mam nadzieję, że uczciwszym.
Spędziłam całe swoje dorosłe życie na poszukiwaniu Prawdy. Istnieje szansa, że zaglądałam w same złe miejsca. 


Notka od osób tłumaczących:
Tym esejem inicjujemy nasz mini cykl tłumaczeń ważnych dla nas tekstów odnoszących się do problematyki kultury pozbywalności i przemocy w środowisku queerowym i aktywistycznym. Każde z nas było po obu stronach barykady – jako osoba poszkodowana w procesie i dokonująca krzywdy, calloutująca, calloutowana, jak i zaogniająca sytuację z wygodnej pozycji osoby komentującej. Temat przemocy w środowisku queerowym jest obecnie poruszany jedynie w formie płaskich frazesów o calloutach i sprawiedliwości naprawczej, bez refleksji na temat tego, że sprawiedliwość naprawcza (w sytuacjach, które da się naprawić, nie piszemy tu o np. zarzutach gwałtu) wymaga gotowości do podjęcia pracy emocjonalnej przez wszystkie strony konfliktu — w trakcie gdy łatwiejszym wyjściem jest często wykorzystanie przez osoby stosujące przemoc języka i mechanizmów procesu, by uniknąć konfrontacji z własnymi czynami. Umyka nam to wszystko — a wartościowe osoby odchodzą po cichu. 

Następne teksty na temat są już w trakcie tłumaczenia. Jednocześnie chcemy zaznaczyć, że sami nie jesteśmy jeszcze gotow_ by pisać o swoich doświadczeniach. 


Esej przedrukowano za zezwoleniem wydawcy z książki I Hope We Choose Love, Kai Cheng Thorn, Arsenal Pulp Press 2019. Wszystkie prawa zastrzeżone.

design & theme: www.bazingadesigns.com