Recenzja: „Opowieść Podręcznej” Margaret Atwood

Zazwyczaj staram się unikać pełnych patosu przymiotników, jednak tym razem bez tego się nie obejdzie – „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood to książka wstrząsająca, od której – mimo uczucia najwyższego obrzydzenia – nie można się oderwać. Dzięki bogatemu, sugestywnemu językowi i pełnej natężenia emocjonalnego narracji, purytańska antyutopia opisana przez Atwood do dziś stanowi jedną z najlepszych charakterystyk dramatu człowieka uwięzionego w systemie totalitarnym.

tumblr_ljgfe36iBA1qb0j8no1_400

Rzeczywistość stworzona przez Atwood jest w groźny sposób niejasna. Struktura reżimu panującego w Gileadzie, fikcyjnym państwie powstałym na terenie niektórych z amerykańskich Stanów Zjednoczonych, nie jest znana „szarej/mu obywatelce/owi”. Nie wiemy specjalnie w czyim ręku skupia się władza, jakimi środkami nacisku dysponuje, czy też nawet – z kim toczy się wzmiankowana często wojna.

Wiemy jedynie, iż w wyniku jakiegoś rodzaju katastrofy ekologicznej (której przyczyn dopatrywać się można w działalności człowieka) jedynie nieliczna garstka kobiet zachowała płodność. Staje się to impulsem do stworzenia ściśle kontrolowanego, hierarchicznego społeczeństwa, gdzie głównym elementem rzeczywistości jest szowinistyczny patriarchat spychający kobiety do roli wyłącznie reprodukcyjnej.

Tym jednak, co najbardziej uderza w „Opowieści”, to nie – jak często w gatunku antyutopijnym – wnikliwy opis koszmarnego i często absurdalnego systemu oraz jego mechanizmów, ale właśnie skupienie się na bardzo subiektywnych, jednostkowych przeżyciach konkretnej osoby. Dzięki temu trudno jest krzywdę „zobiektywizować”, odizolować się od niej emocjonalnie. Stąd też budzące się w czytelniku/czce podczas lektury uczucia bezsilności, wściekłości, obrzydzenia.

Bohaterka nie jest rewolucjonistką, to osoba której zależy przede wszystkim na szczęściu swoich bliskich i własnym. Zostajemy więc świadkami jej prób realizacji najbardziej elementarnych potrzeb: bliskości, kontaktu, poczucia bezpieczeństwa. Potrzeb upokorzonych i sprowadzonych do godnego potępienia grzechu. W tym smutnym świecie niespełnieni i zagubieni czują się nawet jego inicjatorzy i mocodawcy.

W niedawno opublikowanym na łamach Wyborczej wywiadzie* brytyjski filozof John Gray stawia tezę, iż postęp cywilizacyjny jest mitem. Jedyne co zyskujemy w porównaniu do wcześniejszych epok to nowe rozwiązania technologiczne. Według Gray’a byliśmy i jesteśmy barbarzyńcami – podstawowe instynkty ludzkie pozostają bowiem niezmienne. Stąd wniosek o tymczasowości europejskiej stabilizacji i naiwności tezy Fukuyama o „końcu historii”.

Wydaje mi się, że ku podobnej refleksji skłania się Atwood w ostatnim rozdziale „Opowieści”.  Jego akcja toczy się już po upadku Gileadu. Grupa historyków analizuje tekst opowieści starając się zbadać jej autentyczność, powiązać opisywane osoby z postaciami historycznymi. Patrzenie przez pryzmat czasu i faktografii pozwala przejść do porządku dziennego nad indywidualną krzywdą, zobiektywizować wyrządzone zło.

Uważam, że pod płaszczem historyków Atwood ukryła nas –  odbiorców i odbiorczynie książki, czytelników i czytelniczek. Jako że „Opowieść” przetrwała próbę czasu mniej istotne zdaje się, czy została napisana dla Amerykanów i Amerykanek czasów Reagana czy dla współczesnych Polaków i Polek.

 „Barbarzyństwo” działające na mocy prawa to dla nas zawsze kwestia przeszłości, coś z czego ludzkość już wyrosła, wyewoluowała. Takie podejście prowadzi do ignorowania patologii powstających czy może – trwających –  w otaczającej nas rzeczywistości.

Tę prawidłowość odnieść można z łatwością do różnego rodzaju postulatów dotyczących roli kobiet w dzisiejszym społeczeństwie. Oczywiście – Polska to nie Gilead – jednak pojawiająca się nazbyt często ocena kobiet przez pryzmat spełniania powinności rodzinnych, czy też – jak zauważa Cezary Michalski** – stałe dążenia do zaostrzenia prawa aborcyjnego, to tendencje do Gileadu nas zbliżające. Łatwo jest zepchnąć system opisany w „Opowieści”  do kategorii „nierealnych” lub „należących do przeszłości”. Dużo trudniej dostrzec zbieżne z nim aspekty  otaczającej rzeczywistości. I przed tym nagminnym, charakterystycznym dla ludzi każdej epoki ignorowaniem sygnałów alarmowych ostrzega Atwood. Co więcej – robi to za pomocą świetnej literatury, za co cześć jej i chwała.

Anna Gotowska

*wyborcza.pl

**krytykapolityczna.pl

design & theme: www.bazingadesigns.com