Nowak: Mieszczanki a sprawa rolna

Agnieszka Nowak – aktywistka miejska, lingwistka, pracownica NGO


Odpowiedź na krytykę strajku rolników i rolniczek oraz na pytania, których sobie nie zadajemy.

…Co wy opowiadacie. Rolnicy są zabijani przez dopłaty, które potrafią zorganizować sobie i prowadzić bez wpadek wszystkie wielkoobszarowe przedsiębiorstwa, zatrudniające potem ludzi na parę tygodni w sezonie za miskę kaszy. Za to mniejszym gospodarstwom nie starcza przychodów na cały rok – a co dopiero na rozwój, doradztwo i księgowego od funduszy unijnych.

Latem też był protest. Przyjechali wtedy po prośbie, częstowali vegan-owockami, bo ceny w skupach (które wielcy producenci rolni omijają, załatwiając deale z równie wielkimi dyskontami) były poniżej progu opłacalności: parę złotych za kilogram malin, które nawet najemny pracownik zbiera przez godzinę za 13 zł.

A maliny w sklepach były, zauważyliście, zauważyłyście? I to nie po 3 złote za pudełeczko, jak wskazywałyby ceny w skupie. Ani po 50 zł, jak byłoby, gdyby brać pod uwagę realne ceny produkcji, przechowywania, dystrybucji i godziwe marże. Ceny w skupach były dumpingowane importem z Ukrainy, bo tam sezon jest o kilka tygodni wcześniej, zarobki 10 razy niższe (spytajcie sąsiadów – emigrantów ekonomicznych – na pewno macie), mają mniej obostrzeń BHP i z zakresu prawa pracy. No i żadnych unijnych wymogów, które u nas już obowiązują wszystkich, czy się bierze dopłaty, czy nie.

Oglądałam latem filmy, na których rolniczki płakały i zapraszały, żeby przyjechać, pozbierać i sobie wziąć owoce, bo lecą już z krzaków, a na pracowników do zbiorów nie ma pieniędzy: same ich pensje przewyższają czterokrotnie ceny w skupie! I wtedy marnowanie żywności było OK – bo nikt nie przyjechał nam wetrzeć tych owoców w twarz gdzieś w reprezentacyjnym miejscu stolicy, tylko pokornie błagał i płakał!

Te osoby nie wystartują z uprawą na następny sezon, bo nie miały pieniędzy, żeby przetrwać zimę. Musiały iść do innej pracy. Nawet, jeśli dostrzegając absurd sytuacji i sprzeciwiając się marnowaniu żywności zapraszały kogo bądź, żeby sobie wziął – nomen omen – owoce ich całorocznej pracy za darmo.

A my potem cmokamy, ojojoj, zmarnowała się wywrotka jabłek. Tysiące takich wywrotek stało w kolejce do skupu i skończyło w rowie, bo skup nie przyjął albo nie chciał zapłacić.

Cmokamy, że zwierzątka biedne, że my chcemy kurek grzebiących zielonymi nóżkami w zielonej trawce i świnek, które babrały się wesoło w błotku, a nie spędzały cały żywot ściśnięte, leżąc na kratach i robiąc pod siebie.

Tylko że jedynych, którzy byliby w stanie zapewnić jakościową żywność z jak najmniejszym śladem ekologicznym – rolników indywidualnych, bez ferm, bez tych obozów koncentracyjnych dla zwierząt – wyzywamy od roszczeniowych złodziei, nie zamierzamy im płacić za żywność tyle, ile rzeczywiście kosztuje jej prawidłowa uprawa i hodowla, i od lat ignorujemy sygnały alarmowe, które nam wysyłają.

A potem idziemy do Lidla na „polski ryneczek”, gdzie jak wół jest napisane na siatkach: Hiszpania, Grecja, Bułgaria.

Jak się nie ma pojęcia, skąd się bierze żywność w sklepach, tylko się przyjmuje za pewnik, że jej produkcja jest etyczna – nie tylko wobec zwierząt, ale i wobec LUDZI – i że zawsze w tych sklepach będzie to jedzenie w estetycznym opakowaniu (a „broń borze” bez plamek czy nagniotków!), i że zawsze, magicznie, cena będzie w punkt dostosowana do naszych średnich portfeli („No może ciut za wysoka, ale niech stracę, bo sezon taki krótki”)… nie wypada wypominać rolnikom roszczeniowości.

Bo z dopłat – tych hiszpańskich – najbardziej korzystamy MY, nie oni. To MY sobie pobłażamy, MY się nie zastanawiamy, MY reagujemy stanowczo za późno, MY dla wygody wolimy nie wyciągać wniosków, MY przerzucamy na innych odpowiedzialność i koszty swoich wyborów konsumenckich!

I mamy czelność, będąc lemingami i potulnymi baranami, które dają sobie wciskać ciemnotę, krytykować tych, którzy przyjeżdżają i mówią: „Patrz! Taka jest prawda”.

Przykład: na pewno widziałyście, widzieliście truchło świni na torach. Wywołało oburzenie. Tylko że ta świnia nie umarła dlatego, że jakiś zwyrodnialec ją upolował i zabił specjalnie na protest, a dlatego, że była hodowana na mięso. To wprawdzie kolejny problem, proceder okrutny i bezsensowny – tylko że osoby poruszone tym zdjęciem w większości były dotknięte własnym dysonansem poznawczym i dyskomfortem estetycznym, a nie faktem, że zwierzęta są masowo torturowane i zabijane.

Tymczasem te dwa problemy są do rozwiązania tym samym sposobem: przeciwdziałaniem dumpingowym cenom skupu żywca wieprzowego (to zresztą siódmy postulat AgroUnii). Gdyby przeciętni ludzie wiedzieli i czuli w portfelach, ile tak naprawdę trzeba zapłacić rolnikowi za jakościową hodowlę trzody, to by jedli schabowego raz na trzy miesiące, a nie trzy dni i zabijalibyśmy jako społeczeństwo o 90% zwierząt mniej. Natomiast wiele osób oburza się zbezczeszczeniem zwłok jednego zwierzęcia, nie zauważając pewnego faktu ani przyczyn tego faktu: mięso jest za tanie, a jest takie, bo nie wspiera się producentów indywidualnych, tylko obozy koncentracyjne dla zwierząt.

Dysonans poznawczy boli. Ale uczy. Na dziś mamy wszyscy zadanie domowe: wygooglowanie najbliższej kooperatywy spożywczej i pojęcia „rolnictwo wspierane przez społeczność”.

design & theme: www.bazingadesigns.com