Kowalska: Post-mopizm? Nic z tego!

Betty Friedan, autorka „Mistyki kobiecości”, powiedziała kiedyś, że „żadna kobieta nie dozna orgazmu dzięki pastowaniu podłogi kuchennej”. Oczywiście był to początek lat 60. i Friedan analizowała sytuację znudzonych przedstawicielek klasy średniej, pragnących wyrwać się ze sfery domowej. Dziś kobiety mogą – a często nawet muszą – pracować, w związku z czym nie każda kobieta, choćby bardzo tego pragnęła, może poświęcić się w całości pracy w domu. Mam jednak wrażenie, że w obiegowym mniemaniu współczesny polski feminizm powiela narrację Friedan, głosząc swoisty „post-mopizm”. Przypisuje mu się bowiem burzenie symetrii na linii pani domu – feministka, gdzie, rzecz jasna, zadowolona ze swojej roli pani domu nie może być feministką, zaś feministka nie może kochać krzątaniny z mopem. Małgorzata Rozenek – czyli słynna Perfekcyjna Pani Domu – powiedziała kiedyś na antenie telewizji TVN, że młode kobiety nie sprzątają, bo uległy urokowi feministek, według których sprzątanie nie jest cool i nie licuje z wizerunkiem kobiety sukcesu. Słowem, popularna teoria głosi, że feministki nie doceniają nieodpłatnej pracy kobiet w domu. Mam kłopot z wkładaniem takich tez w feministyczne usta, dlatego, że w Polsce nie ma czegoś takiego jak jednorodny poglądowo feministyczny monolit, a także dlatego, że skutecznie podkopują one ideę siostrzeństwa – osobiście znam panie, które uwielbiają swoją rolę „kury domowej” i myślą, że nie mogą być feministkami.

mop

To przeciwstawianie sobie dwóch rzekomo antagonistycznych postaw zabija rewolucyjny potencjał teorii feministycznej, skłócając ze sobą kobiety, lakonicznie gloryfikując „partnerski podział obowiązków domowych” i skutecznie zniechęcając zwolenniczki tradycyjnej „roli” kobiecej do zasilania feministycznych szeregów. Czas porozmawiać o tym, że po pierwsze, polski feminizm to nie homogeniczny kolektyw wygłaszający jednoznaczne i zgodne opinie, a po drugie – orgazm z mopem w dłoni może być w pełni satysfakcjonujący!

Feminizm polski niejednokrotnie odbierany jest jako jednorodny twór pozbawiony inkluzywności – jej brak zarzucają „nam” nie tylko osoby nienormatywne płciowo, ale i kobiety-tradycjonalistki, przekonujące, że za nic nie odnajdują się w feminizmie głoszącym – wg nich – wyższość obiadku w korporacyjnym bufecie nad wypichconym z miłością domowym posiłkiem. Oczywiście nie każda kobieta może sobie pozwolić na pozostanie w domu i zgodne ze swoją wolą i preferencjami zarządzanie domowym ogniskiem – taka sytuacja byłaby idealna. Co jednak z tymi paniami, które mogą zrezygnować z kariery zawodowej i czują, że ich praca domowa jest deprecjonowana przez „ruch feministyczny”?

W latach 80. w swojej książce pt.„Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum” (niejako kontestującej „Mistykę Kobiecości”) bell hooks postulowała docenienie pracy w domu, tak aby była ona traktowana społecznie i ekonomicznie na równi z pracą zawodową. Postulat ten nie doczekał się dotychczas politycznej realizacji – i wielka szkoda. Praca w domu – a zwłaszcza opieka nad osobami zależnymi (dziećmi, osobami starszymi czy niepełnosprawnymi) – powinna być jak najbardziej odpłatna, bo nie dość, że jej szacowana wartość to około 30% PKB (wg wyliczeń Gary’ego Beckera), to zawiera ona w sobie przynajmniej kilkanaście profesji (np. kucharka, sprzątaczka, niania/opiekunka), wymaga ogromnej odpowiedzialności, umiejętności efektywnego zarządzania czasem i budżetem domowym, poświęcenia oraz doświadczenia – co więcej, dochód z takiej pracy, nawet niewielki, pozwoliłby osobie wykonującej pracę domową zachować pewną niezależność finansową (wykluczającą stosowanie przemocy ekonomicznej ze strony partnera) oraz przekonanie o równorzędności względem partnera, a także podwyższyłby status społeczny pracy domowej, zagwarantował osobie ją wykonującej godziwą emeryturę itd. Oczywiście w ramach zapobiegania zakonserwowaniu ról płciowych, taki dochód mógłby jak najbardziej objąć mężczyznę, gdyby to on wykonywał w domu te wszystkie obowiązki. Zastanówmy się jednak, czy współczesny „polski feminizm” faktycznie deprecjonuje pracę domową, twierdząc, że jest ona zajęciem mniej ambitnym i twórczym niż robienie kariery zawodowej?

Zacznijmy od faktów: współczesny „polski feminizm” mówi wieloma ustami – tak w temacie pracy domowej, jak i w innych kwestiach. Są feministki wyznające tzw. koncepcję superwoman dążącej do jak największej wydajności w łączeniu sfery zawodowej ze sferą domową, są też inne, które uważają, że feminizm traci swój rewolucyjny potencjał, gdy próbuje się go wtłoczyć w ramy neoliberalnego systemu, w którym kobiety miałyby pełnić równorzędne mężczyznom funkcje – uważają one raczej, że cały system należałoby zburzyć, a następnie zbudować od początku (zwracając szczególną uwagę na zapobieganie mechanizmom wyzysku), zamiast podejmować heroiczne próby łączenia życia zawodowego z życiem domowym w ramach obecnego przemocowego układu ekonomicznego. Są też anarchofeministki, feministki-lesbijki (zwykle kierujące się w swoich związkach preferencjami, a nie „rolą płciową”) i tak dalej. Przekaz na temat znaczenia pracy domowej jest więc zróżnicowany – przykładowo, koncepcja superwomen utrzymuje, że warto za wszelką cenę łączyć sferę domową z pracą zawodową, by zyskać niezależność (a przy okazji niejako sugeruje, że jesteśmy nadal zbyt mało wydajne, zbyt mało elastyczne – przy jednoczesnym braku takich szkoleń dla mężczyzn, utwierdzanych w przekonaniu, że „godzenie” życia zawodowego z domowym to nadal zmartwienie wyłącznie kobiet). Inne perspektywy podkreślają, że – jeśli można sobie na to pozwolić – nie ma potrzeby piąć się po drabinie kariery i zamiast tego można z powodzeniem prowadzić dom i wychowywać dzieci. I choć u swojej teoretycznej podstawy feminizm zakłada po prostu swobodę wyborów (którą przecież regularnie postulują w mediach aktywistki feministyczne pytane o założenia teorii o płci kulturowej), to mam wrażenie, że z jakiegoś powodu do szerszej świadomości przebija się fałszywie ujednolicony przekaz, jakoby rola pani domu była naleciałością przemocowego tradycjonalizmu, który winny zostać zastąpiony egalitarnym, „partnerskim” podziałem obowiązków, zaś konfiguracja, w której ty i mop stanowicie świetny duet, podczas gdy twój partner ogląda w salonie telewizję, jest naiwnym i nieświadomym tkwieniem w anty-feministycznym układzie, w którym ty pełnisz rolę darmowej niewolnicy. Nie chciałabym, żeby takie przeświadczenie się utrzymywało, bowiem ten feminizm, w który wierzę i który nadal ma dla mnie potencjał rewolucyjny – mówi coś zgoła innego.

Mówi o tym, że każdy orgazm jest fajny – i ten w „nowoczesnym” związku z równym podziałem obowiązków domowych, i ten, w którym to kobieta pełni funkcję żywicielki rodziny, i też ten, w którym partnerstwo rozumiane jest jako podział na rolę tradycyjnie „męską” i „żeńską”. Kochasz sprzątać, wychowywać dzieci, gotować, „dogadzać” swojemu partnerowi? Jeśli możesz sobie pozwolić na niechodzenie do pracy i faktycznie ci to odpowiada – super! Jeśli chciałabyś móc tak funkcjonować, ale musisz pracować – feminizm, w który wierzę, będzie walczył za wszelką cenę o to, żebyś mogła sobie na to pozwolić dzięki wprowadzeniu odpłatności za pracę domową i przyjaznej polityce prorodzinnej, i żebyś – w przypadku odejścia czy śmierci partnera – nie została skazana na wegetację i walkę o przetrwanie. Jeśli natomiast pragniesz równego podziału obowiązków domowych albo pragniesz wykonywać tradycyjnie „męską” rolę, podczas gdy twój partner wychowuje wasze dzieci i sprząta – też ekstra! Wszystko sprowadza się do warunków ekonomicznych, ustaleń między partnerami i osobistych preferencji – nie uważam wcale, że jesteś kurą domową bez ambicji, jeśli nie interesuje cię robienie kariery. Zwalnianie partnera z domowych obowiązków, bo tak się umówiliście i tak wam pasuje, nie jest niczym złym czy anty-feministycznym – o ile jest to faktycznie wasz wspólny wybór. Nie daj sobie wmówić, że nie może ekscytować cię lśniąca podłoga, że jesteś naiwna i dajesz się krzywdzić „tradycjonalizmowi”, na który nie ma miejsca w XXI wieku, że jesteś niewolnicą patriarchatu i fallicznego mopa, że twoja praca jest mniej znacząca czy ambitna niż praca menadżerki dowodzącej plutonem pracowników i pracownic w wielkiej korporacji.

Powtarzam – jeśli dokonałaś swojego wyboru świadomie i nie został ci on narzucony, a twoja praca domowa jest wynikiem umowy między tobą a twoim partnerem, który ją docenia, a nie skutkiem jego seksistowskiej postawy i przeświadczenia, że sfera domowa to bezdyskusyjnie „babskie sprawy” – nie daj sobie wmówić, że jesteś wykorzystywana, a przede wszystkim nie myśl, że nie możesz być feministką.

To, że Środa mówi na temat robienia kariery jedno, Warakomska drugie, Graff trzecie, a jeszcze inna „znana feministka” znowu coś innego, nie znaczy wcale, że są to oficjalne poglądy homogenicznego ruchu feministycznego – oznacza to jedynie, że każda z tych pań rozumie swój feminizm inaczej, a ich poglądy mogą się ścierać, polemizować ze sobą albo przecinać się w pewnych punktach.

I to jest chyba podstawowe założenie feminizmu o takim wydźwięku, który – jak wierzę – może zatrząść systemem i jest niebezpieczny, bo nikomu nie daje monopolu na definicje – postuluje natomiast dobrowolne i satysfakcjonujące, niewymuszone przemocą domową czy ekonomiczną, personalne wybory.

A więc mopy w chętne dłonie – i szczytujcie!

Justyna Kowalska

design & theme: www.bazingadesigns.com