Palińska: O prywatyzacji zysków oraz uspołecznieniu strat w późnym kapitalizmie

Iza Palińska

A. W późnym kapitalizmie jest tak, że sprzedaje się ludziom różne rzeczy, jednocześnie wytwarzając w nich pragnienia i potrzeby. Tak to działa na przykład z pragnieniem bycia nad Morskim Okiem i potrzebą dotarcia tam fasiągiem (a nie na własnych nogach), na który to fasiąg sprzedawane są nierozsądnie drogie bilety. Czasem jakiś koń obsługujący fasiąg padnie, wtedy można się oburzyć i ostentacyjne potępić zwyczaj. Na co dzień fasiągowanie do Morskiego Oka (oraz samo utrzymywanie do niego asfaltowej drogi jezdnej) jest jednak w społecznym odbiorze całkowicie i bezdyskusyjnie akceptowane, według schematu: jest potrzeba – jest transakcja – jest zysk. Wszyscy zadowoleni.

B. W późnym kapitalizmie jest też tak, że jeśli coś jest daleko mniej opłacalne od handlowania końskimi siłami witalnymi oraz ekosystemem parku narodowego, to znaczy, że jest zbędne. Zbędne w związku z tym jest utrzymywanie jakiegokolwiek regularnego transportu w miejsca, w których mogą znajdować się ludzie, poza porami, kiedy znajdują się tam z całą pewnością i to w dużych (opłacalnych) ilościach. Do małych wiosek, albo turystycznych resortów w porach nocnych, dotowane ze środków gminnych autobusy kursują w związku z tym trzy razy na dobę albo wcale. Busy niedotowane kursują wyłącznie w porach opłacalnych i zupełnie bez zobowiązań na obstawianie tych mniej opłacalnych jednakowo.

C. Z dodania A do B wyszedł właśnie pasztet C. Objawy histerii przejawiają powszechnie czytelnicy i czytelniczki mainstreamowych mediów, bo jakaś w pełni przyzwyczajona dotychczas (za czytelników i czytelniczek błogosławieństwem i zgodą) do A grupa ludzi uznała, że należy jej się także B. Może zeszła z gór zbyt późno, zabawiła w schronisku zbyt długo, może popełniła serię kardynalnych błędów, nie wiemy. Wiemy jedno, okazało się, że transportu do Zakopanego najwyraźniej nie ma. Grupa ludzi zdziwiła się mocno, że gmina Zakopane oraz lokalne lobby busiarskie uznają ich potrzebę przemieszczenia się w godzinach wieczornych z Palenicy Białczańskiej do Zakopanego za nieistniejącą.

(Palenica Białczańska to takie miejsce u podnóża Tatr z wielkim asfaltowym parkingiem, dokąd prowadzi jezdna asfaltowa droga, żadne tam serce gór – dla tych, co nie wiedzą. Jeszcze inna grupa utknęła na Polanie Włosienica, czyli kilka kilometrów dalej asfaltową drogą w górę doliny, gdzie znajduje się końcowy przystanek dla owych fasiągów, które o tej porze skończyły już kursy.)

Wieczorową porą w grudniu wszelkie znaki na niebie i ziemi oraz szacunki zysków wskazują, że ludzi jest na Palenicy za mało, by było opłacalne jeżdżenie tam po nich. W związku z czym ma ich tam nie być wcale! Zdziwione i zdenerwowane grupy z obu miejsc wydzwaniają po wszystkich możliwych instancjach żądając podwózki od TOPRu, Straży Pożarnej, a nawet policji, w poczuciu, że zamówiły wybrakowaną usługę. Fasiągi były, ale się zwinęły. Wywiozły do góry, resztę miały w nosie. Prywatni busiarze pojechali do domu.

Czytelnicy i czytelniczki pomstują na zachowanie kilkudziesięciu, a może nawet (jak podają media) ponad setki osób. Krytykują stadnie i jednogłośnie „głupotę i nieodpowiedzialność” ludzi, którzy i które nie chcą spać w śniegu na parkingu, dawać z buta 20 km po nieoświetlonej, krętej, oblodzonej szosie, lub zamówić na własny koszt taryfy. Czytelnicy to oczywiście panel górskich ekspertek i ekspertów, składający się z samych wyjadaczy, co to nie raz i nie dwa byli przecież, panie, nad Morskim Okiem i wiedzą dobrze, jakie to wymagające i złożone przedsięwzięcie. Panel samozwańczych górskich ekspertów i ekspertek przerzuca się w wytykaniu ponad setce osób źle zaplanowanej wycieczki, pompując własne ego i kompletnie nie dostrzegając, że sprawę być może da się zinterpretować inaczej, niż kluczem usłużnie podsuwanym przez neoliberalne media.

„Niech płacą za przewóz!”, „Zostawić ich tam na noc, niech marzną im tyłki!” „Niech zapieprzają piechotą!” – skandują zgodnie tłumy, z wyczuciem podżegane przez serwisy informacyjne. Problem czysto logistyczny urasta do rangi operacji ratunkowej TOPRu na masową skalę („Niech zwracają kasę!”). Panuje atmosfera nagonki na ludzi, którzy mają w Święta transportowy problem, polegający na tym, że nam jako społeczeństwu nie przeszkadza wywożenie ich masowo za kasę tam, gdzie z ich umiejętnościami, turystycznym doświadczeniem i wyposażeniem być może nie powinni się w ogóle znaleźć. Ich problem polega też na tym, że z wyrażenia „transport publiczny” uczyniliśmy przez ostatnie dwie dekady kolejny oksymoron w neoliberalnym słowniku. Nie ma darmowych obiadów ani transportu publicznego. Nie opłaca się – nie jedzie! Busy nie mogą wozić powietrza itp. itd.

Mój problem (prócz zgagi po niestrawnym zadęciu ekspertek i ekspertów od tatrzańskiej turystyki asfaltowej) w tym, że ani jeden komentarz (spośród bardzo licznych!) pod prześledzonymi publikacjami w tym temacie nie wykazuje zdziwienia, dlaczego w tak obleganym przez turystów i turystki miejscu, w zimowy, świąteczny wieczór nie da się już złapać żadnego autobusu. Nikt nie pyta o rozkład jazdy, o kursy nocne, podstawiane rutynowo i awaryjnie, tak na wszelki wypadek. Mój problem w tym, że góry wieczorem mają być najwyraźniej wyłącznie dla posiadaczy aut lub hajsów na zamówioną z Zakopanego taksówkę. Mój problem w tym, że problem ponad setki ludzi traktowany jest w kategoriach osobistej winy oraz postulowanej przez media i rodaków_czki jak najsroższej, dolegliwej i złośliwej kary, a nie w kategoriach pomocy potrzebującym czy porażki całego nieudolnego systemu. NaTemat mówi nam, co myśleć, a my chętnie produkujemy słowa potępienia w obowiązujących ramach. Wyżywamy się na tych „nierozsądnych”, „roszczeniowych”, „głupich”, „złych”, od których tym samym czujemy się lepsi. Żadnej solidarności, żadnej życzliwości, żadnego śladu samodzielnego czy krytycznego (miast krytykanckiego) myślenia.

Wniosek, jaki się narzuca jest taki, że już od jakiegoś czasu będąc półkolonią mentalnych niewolników i niewolnic, za marne grosze wysługujących się globalnej ekonomii, tkwiących w pułapce średniego rozwoju, uszy tulących po sobie – najwyraźniej, takimi wolimy pozostać. Przy takim statusie twardo obstajemy, bo lubimy być dla siebie surowymi sędziami. Dziką frajdę sprawia nam pognębianie bliźnich, szczególnie tych „niezaradnych”, „leniwych” oraz „roszczeniowych”. Niech marzną i się męczą, niezależnie od wieku i okoliczności. Za karę. Nie chcemy być dla siebie dobrzy, więc mamy chujowo. I dokładnie na tyle, nie więcej, w tej właśnie chwili z pewnością zasługujemy.


Korekta: Elan Mehl

design & theme: www.bazingadesigns.com