Palińska: W obronie „Golgota Picnic” – polemika z tekstem Romanowskiego

Żyjemy w ciekawych czasach, a na dokładkę w jeszcze ciekawszym kraju. Znaczna część osób stąd pochodzących pragnie na co dzień po prostu i zwyczajnie świętego spokoju, uznaje więc fakt zamieszkiwania w Polsce za osobistą porażkę, przekleństwo, wyrafinowaną i niezasłużoną karę od Losu. Część emigruje, jeszcze większa część – emigruje wewnętrznie. Społeczeństwo obraża się na rzeczywistość, odwraca od niej plecami, pokazuje jej co najwyżej od czasu do czasu środkowy palec albo (rzadziej, bo subtelniej) język w jakimś mało przychylnym komentarzu pod artykułem w internecie czy wymieniając poglądy na rodzinnej imprezie. Generalnie – wolimy trzymać się z daleka od większości tych ciekawych zjawisk i wydarzeń, odpowiedzialność za status quo lepiej jest bowiem scedować na kogoś/coś innego zgodnie z maksymą: chujowo, ale stabilnie.

10494276_10204473814873328_390078569_oSzczęśliwie, zawsze znajdzie się jakiś mądry i błyskotliwy pan (na ogół, w naszych bezwstydnie androcentrycznych mediach) publicysta, w którymś z tygodników opinii lub na jednym z popularnych blogów podsumowujący na nasz, maluczkich, użytek bieżący stan rzeczy, komentujący zdarzenia, formułujący opinię, którą następnie wystarczy po prostu wziąć jak swoją. Przeważająca liczba produkowanych tak opinii – stosownie do pełnionej funkcji – nie zna się z niuansem i nie zadaje z pospolitymi wątpliwościami.Tym lepiej, zapamiętanie ich i powtarzanie nie nastręcza później większego problemu. Po odkręceniu takiego zaworu bezpieczeństwa z gotowymi, stosownie spolaryzowanymi opiniami poziom frustracji w głowach utrzymuje się w męczącej, ale miarę bezpiecznej (polskiej) normie.

Moje własne pokłady (polskiej) frustracji żywiły się w ostatnich dniach sprawą odwołanego spektaklu Golgota Picnic. Przede wszystkim znów cholerni „oni” i we wszystkich mediach „ich” pełno: ultrakonserwatyści, hipertradycjonaliści, fundamentaliści pseudokatoliccy – zawłaszczający Polskę i mówiący „nam”, mówiący mi, lewicującej feministce, co przynależy do repertuaru „polskości” i akceptowalnych „polskich” zachowań, a co nie. I że, rzecz jasna, nie należy do niego wszystko to, w co ja – urodzona tutaj i wychowana, płacąca cholerne składki i podatki tak samo, jak oni – wierzę i co szanuję. Bo tak. Ot, klasyczna uzurpacja. Staje się pierwszą z przyczyn zagęszczenia frustracji w mych żyłach.

To jednak dopiero początek – spełniają się najgorsze obawy, organizatorzy Malta Festivalu (pochopnie) i władze Poznania (z kiepsko tajoną satysfakcją) uginają się pod naporem z sufitu wziętych gróźb i mało wiarygodnych pohukiwań pryszczatych małolatów z bojówek nacjonalistycznych. Sława spektaklu Gogota Picnic wyprzedziła go w drodze do Polski tak skutecznie, że dotarła nawet (a może przede wszystkim?) do uszu umieszczonych po obu stronach głów twardych, łysych i bogoojczyźnianych. A po prawej stronie internetu usłużni panowie publicyści wykazują się już stosownie refleksem i podsuwają nieco mniej biegłym w formułowaniu myśli i argumentów aktywistom i aktywistkom oczywiste konstatacje. Instytucjonalny kościół ustami swoich hierarchów potwierdza: spektakl obraża Jezusa, tym samym obraża katolików i katoliczki, tym samym katolicyzm staje się represjonowaną ofiarą prześladowań. Pada wezwanie do krucjaty w obronie wiary i zagrożonego PR-u samego Jezusa. Spektaklu na Malcie nie będzie – oficjalnie zostaje odwołany z powodu obaw o bezpieczeństwo publiczności, nieoficjalnie – biskup jeden wie, dlaczego.

Lewa strona nie odpuszcza, wściekła, wyściubia czubek nosa z wewnętrznej emigracji – demonstracyjnie i buńczucznie dołącza na Facebooku do jednej z licznych grup nawołujących do odwołania spektaklu. Pojawia się inicjatywa wyświetlenia zapisu sztuki w teatrach całej Polski – w mgnieniu oka, w przebłysku straceńczej odwagi (tak charakterystycznej dla etosu polskich powstań i innych spraw beznadziejnych) podchwycona i jeszcze szybciej porzucona przez kulturowy establishment. Jak na dłoni widać uwikłanie ludzi i instytucji w gęstą sieć zależności utkanych pośród lokalnych struktur feud… demokratycznej władzy. W kilku miejscach, na przekór protestom i wbrew zakulisowym napomnieniom – zapowiedziane projekcje odbywają się. Uczestniczyłam w jednej z nich. 

Atmosfera panująca tego wieczoru pod Teatrem Śląskim wydawała się nieco absurdalna. Wianuszek funkcjonariuszy policji tak szczelnie otaczał modlącą się grupę osób, że zza umundurowanych pleców tych pierwszych trudno było dojrzeć choćby twarze protestujących, nie mówiąc już o nawiązaniu z nimi rozmowy. Były biało-czerwone transparenty zawieszone na sterczących ponad głowami tłumku kijach i zniekształcone przez nagłośnienie odgłosy modlitwy, której monotonny, niewyraźny pomruk brzmiał jak jakaś pogańska mantra – tak, pokojowo w sumie, pozwolili  mi się zapamiętać. Stojąc w bramie usiłowali zablokować wejście do znajdującej się w podwórzu Sceny Malarnia, gdzie miał być wyświetlany zapis spektaklu. Bezpiecznie i skutecznie przejście torowała widzom policja, a także samorzutna inicjatywa dwojga mieszkańców kamienicy przy ulicy Teatralnej, którzy otworzyli drzwi, żeby oczekującym ludziom umożliwić przejście bokiem, przez klatkę schodową.

Jestem przekonana, że nie ma w Golgota Picnic niczego bluźnierczego, niczego obraźliwego dla katolicyzmu. Jest trochę odwołań do mocno tandetnych w swojej cukierkowości pop-wyobrażeń o Chrystusie-bogu, obficie reprezentowanych w komercyjnej wersji katolickiej ikonografii. Plus odwołania do perwersyjnych wizerunków w wersji hard, fetyszyzujących cierpienie i gloryfikujących przemoc, zakotwiczonych od stuleci w europejskiej sztuce. (Twórcy spektaklu łączą zresztą pastiszowe elementy wizerunku Jezusa jako zniewieściałego hippisa w nocnej koszuli z gumową, potworną maską rodem z filmu gore, podkreślając groteskowy rozziew między tymi tradycyjnymi kreacjami). Jednak co ważniejsze i najbardziej pewnie „szokujące” – mieszanka ta zostaje zderzona z gorzką i obrazoburczą refleksją o Chrystusie-człowieku, która w oficjalnej wykładni, w lukrowanym katechizmie dla mas, nie ma prawa zaistnieć. U Garcii Chrystus ma szansę być człowiekiem dosłownie, do granic i bez taryfy ulgowej. Ma ludzkie przywary, a tam, gdzie zdradza ich brak – zostaje obnażony jako plastikowy produkt na półce z dewocjonaliami. Jezus-produkt, zaspokajający ludzkie zapotrzebowanie na łagodzenie dysonansu wynikającego z niemożności dotrzymania składanych sobie i innym obietnic. Garcia mówi wprost: Jezus, jakiego znamy z Ewangelii (postmodernistycznie zdekonstruowanej, jako zapis wszystkiego za wyjątkiem tego, co się faktycznie wydarzyło) to Jezus nieludzki, nie podzielający naszych słabości ani radości, nie znający sprzeczności duszy, wątpliwości, pokus. Pardon, jedyna rzekoma pokusa, jakiej doznaje, zostaje wyśmiana – „Ojcze, oddal ode mnie ten kielich” wyśpiewuje z entuzjazmem, raźno i pogodnie chórek, niczym grupa beztroskiej młodzieży na oazowych rekolekcjach. Idealny Jezus pozwala nieidealnym ludziom na każde świństwo i niegodziwość pod osłoną swojego idealnego człowieczeństwa, którego nimbem jego wyznawcy tak uwielbiają się otaczać. Resztę w kwestii odpowiedzialności za czysto ludzkie czyny załatwia jakże poręcznie kategoria bożej woli. U Garcii i boża wola robi jednak na złość swoim wyznawcom. Nauczyć was ruchać dzieci nie mogę: już wy to uczyniliście. (…) Nie mogę wprowadzić więcej obsceniczności, ponieważ byście mnie wyśmiali.

Czy dyskutowanie wymiarów człowieczeństwa Jezusa względem tego, jak jest ono definiowane w najbardziej uproszczonej (prostackiej?), a zarazem najbardziej rozpowszechnionej interpretacji katechizmu, jest herezją i bluźnierstwem? Być może dla niektórych członków kościoła katolickiego tak. Tylko czy postać Jezusa Chrystusa, historyczna przecież i przenikająca wiele wymiarów (sic!) europejskiej cywilizacji, powinna być przez ten kościół, czy też przez część jego wyznawców, traktowana jak absolutna i nietykalna własność? Czy istnieje jakiś sensowny powód, dla którego mamy się na to godzić? Czy mamy tę nieszczęsną polskość, a teraz i nieszczęsnego Chrystusa, automatycznie, milcząco i walkowerem oddawać?

W kwestii frustracji, spinającej klamrą ten tekst – nie byłoby ani tekstu, ani końcowej fali frustracji, która zalała mnie, kiedy już wydawało się, że to koniec całej afery, gdyby nie publikacja Mateusza Romanowskiego w Codzienniku Feministycznym. Parę akapitów równie kategorycznych, co pozbawionych jakiegokolwiek oparcia w argumentach opinii, automatycznie obsadza pana Romanowskiego w charakterze autorytetu na łamach serwisu, który rości sobie pretensje do krytycznej, niepowierzchownej analizy rzeczywistości, i podobno kwestionuje ową zasadę kategorycznego męskiego dyskursu. Żeby analiza dokonana przez pana Romanowskiego była sensowna i wiarygodna, autor mógłby dodać uzasadnienia do twierdzeń, którymi tak lekko(myślnie) szermuje: „wymowa spektaklu raczej konserwatywna” – w którym miejscu? „spektakl nudny, nieśmieszny” – cóż, ja nie wybrałam się na komedię, a mimo to publiczność, klnę się, kilka razy się jednak roześmiała; „razi dosłownością” – książki Zoli też? Może jest pan po prostu miłośnikiem innego rodzaju konwencji? „scena wypełniona marnującym się jedzeniem” – raz, że sztuka autoironicznie odnosi się do tej kwestii, demaskując hipokryzję krytykowania jedzenia użytego w roli scenografii podczas spektaklu, który cały jest przecież o bezsensownej konsumpcji, dwa, że taki zarzut to perełka demagogii, flirtująca jawnie i bezczelnie z obecnym w chrześcijańskiej kulturze tabu wyrzucania chleba; „zaniepokojenie falą emigracji” – wręcz przeciwnie, kpina ze zwyczajowego w większości kultur sposobu postrzegania imigrantów; „topornych żartów z osób” ani „krytyki konsumeryzmu poprzez nudziarzy kupujących ipady” nigdzie tam po prostu nie ma.

No i wisienka na torcie: „Golgota Picnic nie jest spektaklem, który sam w sobie mówi nam cokolwiek istotnego. Albo inaczej, nawet jeśli zdarza mu się poruszać jakiś istotny temat, robi to w sposób porażająco płytki. (…) Zamieszanie wokół samego spektaklu stawia pytania o wiele ważniejsze od samego spektaklu. O to, jaka powinna być sfera publiczna. O to, jakim formom nacisku powinna, a jakim nie powinna ulegać. O granicę między sferą sacrum i profanum. O wyższość praw jednej grupy nad prawami innej – pisze Mateusz Romanowski. Zaiste, ważkie, fundamentalne pytania domagające się podjęcia natychmiastowej i rzetelnej dyskusji… Wielka szkoda że już za późno, by uczynić z nich tematy tegorocznych rozprawek maturalnych.

To, co jeszcze dostrzegam w krótkim, aroganckim tekście Mateusza Romanowskiego, to bijący po oczach elitaryzm. Być może „znajdzie się parę lepszych sztuk” i być może przekaz spektaklu Golgota Picnic był nieco uproszczony czy nachalny w swoim dydaktyzmie – ale to jest ten, a nie żaden inny spektakl, który zamienił się w Polsce w kolejną z osi konfliktu na tle uznawanych za wspólne wartości. Którędy przebiegają te podziały – to inny i dość skomplikowany temat. My przy tej okazji rozmawiamy o kształcie naszego społeczeństwa (skąd i u kogo tak naprawdę niezgoda na spektakl?) i funkcjach państwa (dlaczego państwo i jego instytucje nie zapewniły ochrony dla swobody artystycznej wypowiedzi?); z pewnością zaś nie doktoryzujemy się przy okazji z krytyki teatralnej! Nadymanie z niesmakiem usteczek i sarkanie, że Polki i Polacy nawet jak oprotestowują sztukę, to oczywiście kiepską ze względu na właściwy im brak obycia i smaku – to jest po prostu paternalistyczne wywyższanie się lepszych gustów (liberalnych) nad gorszymi (konserwatywnymi). Gusta jak gusta – mają swoje kanony, a kanony swoich zwolenników, a zwolennicy kształcą te gusta w oparciu o ulubione kanony i koło się zamyka. Czy naprawdę jest sens do sporu o imponderabilia wciskać rozmówcom i rozmówczyniom estetyczne szpilki? Szczególnie, że im mniej wyrafinowany, hermetyczny przekaz, tym większa szansa, że trafi do szerszej publiczności – a kontestacyjny wobec konsumpcji przekaz Golgota Picnic raczej wpisuje się w linie zmian postulowanych przez ruch feministyczny? Czy też nie, bo jego wymowa jest „raczej konserwatywna”?

Spektakl Golgota Picnic stał się kolejnym pretekstem, służącym, jeśli wierzyć mediom, dwóm spolaryzowanym światopoglądowo częściom społeczeństwa, czy też wrogim plemionom, do zamanifestowania wzajemnej niechęci, okopania się w swoich pozycjach i niemalże wypowiedzenia sobie nawzajem wojny. Ale przecież większość z nas jest poza tym konfliktem, a raczej – pomiędzy. Większość z nas ma swoje przekonania, ale oprócz tego ma też rodzinę, znajomych, bliższe i dalsze osoby, z którymi spotyka się na co dzień. I w ramach tych grup kontaktuje się z osobami o całkowicie odmiennych przekonaniach i innych niż nasze własne systemach wartości. I tak, potrafimy  się porozumiewać, spędzamy razem czas, wiemy, co jest dla kogo ważne, staramy się nawzajem szanować te potrzeby i nasze poglądy. Tak to właśnie wygląda w relacjach międzyludzkich – a nie w relacjach medialnych. To, że różnice w wyznawanych systemach wartości w obrębie demokratycznych społeczeństw polaryzują się mocno (to zjawisko na skalę globalną, nie jesteśmy tu żadnym szczególnym wyjątkiem), a w najbardziej widoczny sposób dzieje się to na linii obyczajowy konserwatyzm–obyczajowy liberalizm, nie znaczy, że mamy oddawać głos reprezentantom/kom najbardziej skrajnych punktów widzenia. Czy możemy się porozumieć? Możemy i musimy. Być może wystarczy, że zaczniemy rozmawiać we własnym gronie, by przełamać budowany przez obie strony syndrom oblężonej twierdzy i spacyfikować postawy skrajne. Stanowiska obu stron zaostrzają się tym bardziej, im bardziej przemiany społeczne i kulturowe zdają się zagrażać temu, co każda z nich uznaje za rdzeń swojej tożsamości. Dlatego warto porozmawiać ze znajomymi katolikami i katoliczkami o Golgota Picnic i być może nieco ukruszyć te narastające obawy. Chyba że nadal będzie chodziło nam głównie o to, by nie widzieć, nie dyskutować i nie myśleć w imię złotej zasady: chujowo, ale stabilnie. By móc od czasu do czasu schylić się tylko po jakąś dziko rosnącą w blogosferze opinię – byleby rosła po naszej stronie światopoglądowej miedzy.

Iza Palińska

design & theme: www.bazingadesigns.com