Palińska: Ostatnie tango z seksizmem

Iza Palińska

W ostatnich dniach przez media oraz społecznościowe profile znajomych przetoczyła się najpierw fala świętego oburzenia, a zaraz potem fala reakcyjnego i ostentacyjnego lekceważenia dla oburzonych oraz powodów ich wściekłości. Wszystko dlatego, że, kręcąc „Ostatnie tango w Paryżu”, Bernardo Bertolucci wolał, żeby Maria Schneider „raczej wyglądała na naprawdę upokorzoną i wściekłą, niż zagrała upokorzoną i wściekłą”. W tym celu umówił się z Marlonem Brando, że zgwałcą ją przed kamerą przy użyciu masła. Uznali, że tak będzie lepiej dla Sztuki.

15388608_10209832491627238_825973_oBernardo Bertolucci – gwałciciel, reżyser

Pierwsza fala, fala oburzenia, dziwi mnie o tyle, że oburzamy się dopiero teraz. Bertolucci w wywiadzie udzielonym kilka lat temu powiedział przecież tylko i wyłącznie to, o czym przez całe swoje życie mówiła Maria Schneider. Wiedziała, że w scenie obecna będzie przemoc. Nie wiedziała, że do jej odegrania partnerujący jej aktor posłuży się kostką masła. Jej zaskoczenie i upokorzenie były prawdziwe, a nie zagrane. Poczuła się naprawdę zgwałcona. No ale Marii nikt przez te lata nie słuchał. Przeciwnie. To ona musiała słuchać i patrzeć, jak za ten obrzydliwy film Bertolucci i Brando dostają kolejne nagrody, jak są wywyższani. Całe życie musiała radzić sobie z faktem, że gwałt na niej – utrwalony na taśmie, wyświetlany na świecie miliony razy – uznano za niezwykle wysublimowane i powszechnie podziwiane dzieło sztuki, zaś sprawców – za genialnych artystów. Ci ostatni mówili o nim swobodnie, czując się bezkarni. Nikt na poważnie nie zechce ich pociągnąć do odpowiedzialności za to, co zrobili.

Pewnie nawet nie ma na to odpowiednich paragrafów, problem kary za gwałt sprzed kilku dekad nie istnieje nawet w języku, jakim zazwyczaj mówimy o sprawiedliwości. Nasze poczucie sprawiedliwości – to indywidualne, społeczne oraz systemowe – jest absolutnie ślepe na rachunek krzywd, który samotnie przyszło zapłacić Marii Schneider.

Obecne oburzenie na gwałt dokonany w „Ostatnim tangu” i sposób jego sfilmowania zdaje się też zupełnie nie uwzględniać, w jak dużym stopniu cały nasz tzw. kanon kulturowy opiera się na mizoginii. O tym, że przemoc wobec kobiet jest koniecznością lub sztuką dowiadujemy się wszystkie i wszyscy bardzo wcześnie, przekaz ten jest nam konsekwentnie i namolnie utrwalany w głowach na wielu szczeblach edukacji i wielu płaszczyznach. Młode osoby zewsząd wystawiane są na treści zawierające skrajnie mizoginiczny przekaz i nie mają możliwości mu się przeciwstawić. „Daj spokój, to są fakty” – słyszą, skarżąc się na brutalne, stereotypowe czy jednostronne przedstawianie roli kobiet na lekcjach historii. „Daj spokój, to forma artystycznego wyrazu, nie baw się w cenzurę” – słyszą, zgłaszając zastrzeżenia do ogromu seksizmu w książkach, filmach, na obrazach i gdziekolwiek indziej. Kanon to kanon i nie ma od niego odwołań, zaś żaden programowy klucz odpowiedzi nie dopuszcza odpowiedzi: „nie!” na seksizm. Jako społeczeństwo organizujemy miejsca i instytucje, które gromadzą, streszczają, przekazują dalej fundamenty naszej kultury. Nie opatrując tych zbiorów żadnym komentarzem, nie aktualizując w przypadkach takich, jak tu omawiany, godzimy się na to, by jednym z naszych wspólnych fundamentów pozostawała nienawiść do kobiet. Stąd już tylko krok do realnej przemocy. Albo skończmy konsekwentnie z podziwianiem mizoginii w filmach i literaturze, z dorabianiem do niej ideologii, racjonalizowaniem jej i romantyzowaniem, nawet w „wielkich dziełach”.

Albo nazywajmy rzeczy po imieniu: w szkołach uczmy nasze dzieci, że nienawiść i pogarda do kobiet to szczytowe osiągnięcia dorobku zachodniej cywilizacji. Byłoby uczciwiej. 

W fali kontroburzenia oznajmiającego, że Artyście w imię Sztuki wolno zrobić wszystko (z kobietą i kobiecie) – nie dziwi mnie za to nic wcale. Jedna z trzeciorzędnych telewizyjnych celebrytek broni karkołomnej tezy, że pozwalanie się gwałcić przed kamerą jest probierzem aktorskiego kunsztu, nieznanego już w czasach seriali (bo sztuka filmowa upadła, sama celebrytka szczęśliwie ciągle zna jej miarę). Trzeciorzędna telewizyjna celebrytka próbuje być może ugrać trochę medialnej uwagi tanimi chwytami, nie będę więc wymieniać jej z nazwiska. Pozwólcie, że odniosę się do tego, co wyczytałam w jej wypowiedzi oraz kilku publikacjach, broniących obu sprawców. Sprowadza się to do dwóch stwierdzeń, w zasadzie.

Po pierwsze, do stwierdzenia, że Wielkim Artystom wolno więcej. Zupełnie nie rozumiem więc, dlaczego odgrywamy sceny morderstw, porwań, wybuchów i tortur. Bawimy się w sztukę na niby, nieporządnie, niechlujnie oraz niepoważnie. Urągamy muzom! W imię wyższego artyzmu wpiszmy immunitety twórców w kodeksy karne! Tylko jak odróżnimy dobrych artystów od kiepskich, a sztukę od rozrywki? No i – czy przywilejem gwałcenia i zabijania w imię Sztuki na pewno chcemy pozwolić cieszyć się także Artystkom lub – o zgrozo! – osobom bez wyraźnej płciowej identyfikacji? Czy te osoby aby na pewno rozumieją Sztukę, wiedzą jak jej służyć? Na wszelki wypadek doradzałabym ograniczenie tego prawa tylko do zadeklarowanych cisheteromężczyzn, tak, jak było dotąd. Zaś odpowiednia komisja złożona z trzeciorzędnych telewizyjnych celebrytek_ów na podstawie przedłożonych scenariuszy przyznawać będzie licencje na maksymalnie realistyczne ekranizowanie poszczególnych świństw.

Drugie stwierdzenie to: „Nie było penetracji, więc nie doszło do gwałtu”. Tak, doszło do gwałtu. Do gwałtu dochodzi zawsze w sytuacji, kiedy nie ma miejsca na świadomą zgodę dotyczącą tego, co będzie się działo.

Do gwałtu dochodzi wtedy, kiedy osoba świadomie zgadza się na kontakt i na pewne rzeczy – ale bez jej zgody zrobiono jej inne. Za każdym razem, kiedy dana osoba mówi: poczułam się zgwałcona_zgwałcony – dochodzi do gwałtu. To właśnie mówiła Maria Schneider, kiedy nikt nie słuchał. Mówiła to lata temu i przez lata. Ta dyskusja dla jej sprawy jest zdecydowanie spóźniona. Ale dobrze, że jest w ogóle. Że wreszcie o tym rozmawiamy i szukamy języka, który nazwie rzeczy po imieniu, nazwie te dotąd „nieistniejące” krzywdy. Skończy z usprawiedliwianiem nienawiści i przemocy, których ofiarą tak często padają kobiety. I zupełnie nieistotne jest, czy usprawiedliwieniem tym akurat staje się akurat Religia, Nauka czy Sztuka (jakiś z wielkiej litery pisany kij się znajdzie, na kobiety znajdował się dotychczas zawsze). Powiedzmy sobie jasno, że żaden, ale to żaden powód nie jest wystarczająco dobry, aby kogoś zgwałcić. Dla samej Marii Schneider niewiele już możemy zrobić. To, co wciąż możemy zrobić, to słuchać innych ofiar. Słuchać ich bardziej i uważniej, niż słuchamy sprawców.


Korekta: Michalina Pągowska

design & theme: www.bazingadesigns.com