Recenzja: „Modlitwa o lepsze dni” Jennifer Clemens

„Modlitwa o lepsze dni” (tytuł oryginału „Prayers for the Stolen”) to książka ciekawie napisana i taka, którą niełatwo zwięźle podsumować i opatrzyć jednoznaczną oceną. Autorka powieści, Jennifer Clement, to Amerykanka, która znaczną część swojego życia spędziła w Meksyku. Swoją opowieść buduje na wyimkach z życiorysów kobiet zamieszkujących peryferia Acapulco. Wprowadza nas w świat szczątkowej, fasadowej państwowości współczesnego Meksyku, w wielu aspektach funkcjonującej pod dyktando narkotykowych gangów. Podobno zbierając materiały do książki, pisarka odbyła setki rozmów z więźniarkami największego meksykańskiego więzienia dla kobiet. Podobno książka jest kolażem ich życiowych losów, hołdem dla ich indywidualnych historii. Podobno.

jennifer-clement_2815025bAutorka „Modlitwy o lepsze dni” Jennifer Clement

W książce najbardziej rzuca się w oczy, urzeka i intryguje język. Rytm wypowiedzi oraz sposób budowania i łączenia kolejnych fraz to majstersztyk pisarskiego warsztatu, co udało się świetnie uchwycić tłumaczce. Czułe ucho i precyzyjne pióro autorki zgrabnie i wiernie przedrzeźniają specyficzną melodię meksykańskiej odmiany języka hiszpańskiego (mimo że książka została oryginalnie napisana po angielsku!). Zdania budowane z wielu krótkich, szorstkich, enigmatycznych, a momentami pozornie chaotycznych fraz. Język faktów, obserwacji, konkretnych zdarzeń i nieskomplikowanych działań, na pozór przyziemny jak życie końskich much, mrówek i skorpionów, z którymi bohaterki dzielą swoje sklecane z byle czego domy. Jednocześnie jest to też język absolutnego niezaangażowania i dystansu oraz fatalistycznej akceptacji wobec każdego kolejnego przedmiotu własnej wypowiedzi. Jeśli zaufać temu, co mówi o meandrach meksykańskiej duszy Octavio Paz, to ów język daje nam w nią całkiem dobry wgląd – jest kwintesencją bierności i zdystansowania wobec świata, innych ludzi, własnych uczuć. Nie ma w tym języku miejsca na egzaltację, egzystencjalną rozterkę albo rozpacz, taką, która wyrażałaby się inaczej niż poprzez dosadne przekleństwo. Jest to gorzka mowa ludzi, którzy nawet mając lat kilka czy kilkanaście orientują się już w realiach swojego życia na tyle, by nie uciekać przed nimi w język fantazji czy lamentów. Zachodniej czytelniczce brak w tych zdaniach elementu (auto)refleksji, szczerości (prawdziwej lub – sic! – wykreowanej), bezpośredniości czy wyznania – i jest to brak dotkliwy, na granicy czytelniczego dyskomfortu (co zdradza własne umiejscowienie wobec lektury). Jest po prostu opis, a to, co przyzwyczaiłyśmy się uznawać za objawioną prawdę podmiotu lirycznego, tutaj funkcjonuje w bardzo ograniczonej formie, mimo że historia opowiadana jest z perspektywy i słowami głównej bohaterki, Ladydi.

Ladydi urodziła się i mieszka na zboczach góry nad ruchliwą autostradą, prowadzącą do leżącego niedaleko Acapulco. Zbocza góry porastają: gęsta dżungla, położone w oddaleniu od siebie prowizoryczne chatki oraz uprawy maku, które wojskowe śmigłowce powinny systematycznie niszczyć, zrzucając na nie toksyczny parakwat. Żrący i trujący parakwat jest jednak dużo częściej zrzucany nieco dalej, dokładnie nad okolicznymi zabudowaniami. Z punktu widzenia załogi śmigłowca mniej zagraża im bowiem zestrzelenie przez okoliczną biedotę niż przez pilnujących maku żołnierzy mafii. Ladydi żyje w otoczeniu koleżanek i ich matek. Wszyscy mężczyźni, których znała, jeden po drugim stamtąd zniknęli. Niektórzy z nich wyjechali do USA, nielegalnie przedzierając się przez granicę, by móc stamtąd przesyłać rodzinie pieniądze – przynajmniej do czasu, aż na miejscu nie założą nowej (tak właśnie stało się w przypadku ojca Ladydi). Inni dali się zwerbować Zetas lub zwyczajnie bez słowa wyjaśnienia opuścili swoje żony i córki.

A matki i córki mają spory problem – jest nim płeć, ładne twarze i młode ciała tych ostatnich. To po nie prędzej czy później zgłoszą się kartele. Porcję narkotyku można sprzedać tylko raz, w przeciwieństwie do ciała młodej kobiety (a za taką uchodzi tutaj już dwunastoletnia dziewczynka). Prędzej czy później dziewczęta zostaną wykradzione i sprzedane „jak paczka mielonej wołowiny”. Żyją w strachu i w świadomości, że tak prawdopodobnie się stanie, bez względu na wszelkie strategie oporu i podejmowane środki zaradcze. Do repertuaru tych ostatnich należy m.in. udawanie chłopca, oszpecanie się, przetrzymywanie najazdów narkotykowych szwadronów w zamaskowanych dołach wykopanych w ziemi.

Postaci bohaterek zostały naszkicowane bardzo oszczędnie, a może nawet – płasko. Każdą z nich definiuje, czy też determinuje, jakiś atrybut, esencją ich osobowości jest pojedyncza, co najwyżej podwojona charakterystyczna cecha. Paula jest piękna, co stanowi jej przekleństwo. Maria urodziła się z zajęczą wargą, co okazało się błogosławieństwem przynajmniej do czasu, kiedy w ósmym roku życia do wioski nie przyjechali lekarze eskortowani przez oddział antyterrorystyczny i nie zoperowali jej twarzy. Rita to kleptomanka i alkoholiczka, spisana na straty przez puszczającego się na prawo i lewo ojca Ladydi. Ruth była dzieckiem odnalezionym w śmietniku i tylko cudem udało jej się przetrwać tak osobliwy sposób przybycia na świat. Augustę AIDS zaraził jej własny mąż, po czym po zdiagnozowaniu choroby i wymierzeniu jej kilku policzków – wyniósł się, jak wszyscy. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko, czego doświadczają i kim są bohaterki – naznacza je na zawsze. Kolekcja życiowych dramatów, jaką Jennifer Clement zebrała w więzieniach Mexico City, nieco ją być może przytłoczyła. Hojną ręką rozdała swoim bohaterkom co bardziej widowiskowe nieszczęścia, nie kłopotając się zanadto o obudowanie ich dodatkowo jakimkolwiek kontekstem; głębią, wiarygodnością czy detalem. A książka jest przecież inspirowana rzeczywistymi historiami kobiet – podobno. W tym właśnie sęk.

Książka, która powstała po odbyciu setek rozmów i spędzeniu tysięcy godzin z najbardziej pokrzywdzonymi przez los, znajdującymi się na samym dole meksykańskiej społecznej hierarchii istotami. Taka, która ma być głosem kobiet opowiadających o nieznośnej codzienności swojego życia, z własnej perspektywy. Ona jest cała o mężczyznach. A dokładniej rzecz biorąc, o nieobecności mężczyzn – każdy jeden aspekt życia bohaterek jest opisywany i konstruowany w perspektywie tego braku. Obawiam się, że tym razem ucho autorki okazało się daleko mniej czułe na posłyszane opowieści, a pióro wpadło w głęboko wyrzeźbione wcześniej kulturowe koleiny i jedyne, co wyłowiło z ogromu zebranego do książki materiału, to kobieca krzywda zadana rękami mężczyzn. Tym bardziej przykra konstatacja, że powieść na pozór nie rości sobie praw do żadnych dodatkowych wyjaśnień – mamy wierzyć, że snuta jest oszczędnie, surowo i bez ambicji przemycania niewypowiedzianych sensów. „Udana próba realistycznego opisu sytuacji we współczesnym Meksyku”, jak szumnie anonsuje jej treść tekst z okładki.

A ów ukryty sens istnieje i wprawne oko wychwyci go bez trudu. Jennifer Clement chciała napisać książkę o kobietach – i to jej się kompletnie nie udało. Jej książka jest o tym, że w życiu kobiet nie ma mężów, ojców, nauczycieli, policji, i jakie ma to konsekwencje dla tych pierwszych. Że w ich życiu czasem zjawiają się narkotykowi baronowie, czasem kochankowie, a jeśli zjawi się w końcu dziecko, to „módlmy się, żeby był to chłopiec”. Oczywiście, narzędzia, które mogłyby posłużyć do opisywania kobiet jako oddzielnych i autonomicznych bytów, nie leżą na ulicy. Na ulicy leżą tysiące lat oraz miliony pozycji z kanonu literackiego, kobietę definiujące zawsze i bez wyjątku w relacji, najczęściej rzecz jasna w relacji wobec mężczyzny. Od książki, która na wszystkie możliwe sposoby zapewnia mnie, że jest o kobietach – oczekuję jednak dużo więcej. Więcej niż wtórna wiktymizacja swoich bohaterek poprzez oddanie pośrednio całego głosu ich własnym oprawcom i ustanowienie przedstawionego świata wyłącznie według ich zasad. Owszem, kobiety nad wyraz często – w Meksyku, w Polsce czy w każdym innym zakątku świata – rezygnują z własnej podmiotowości; za cenę czucia się potrzebnymi czy kochanymi podporządkowują się cudzej narracji, rezygnują z własnej. Jednak na żadnej szerokości geograficznej kobiety, o ile mi wiadomo, nie są do tego kulturowo ani biologicznie zdeterminowane. A ów determinizm bije z kart powieści „Modlitwa o lepsze dni” i będziemy w niego świadomie lub podświadomie wierzyć, póki będziemy w ten sposób pisać książki „o kobietach”. Póki będziemy sobie nawzajem opowiadać powierzchowne, sentymentalne bajki, niewiele mające wspólnego z doświadczeniem i postrzeganiem świata przez kobiety jako ludzi.

Już sam tytuł oryginału, „Prayers for the Stolen”, symptomatycznie uprzedmiotawia bohaterki i odbiera im jakiekolwiek sprawstwo – rozwój akcji jest tu tylko konsekwentnym rozwinięciem przyjętej w punkcie wyjścia optyki. I tak, piszę te słowa świadoma, że meksykańskie realia różnią się od europejskich, że kobiety w Meksyku podlegają tym samym zasadom kształtowania mentalności, o których pisał Paz w „El laberinto de la soledad”. Moja niezgodna wynika z czego innego niż arogancki imperializm kulturowy. Wynika z empatii i ze świadomości, że jest więcej, dużo więcej, niż widzimy i opisujemy. Tyle że póki co nie bardzo wiemy, jak do tego trafić, jak to opisać. W międzyczasie, zanim ten przełom nastąpi, możemy uczynić jedno – powstrzymajmy się od utrzymywania, że to, co opowiadamy, jest wiarygodną opowieścią o życiu kobiet.

Recenzuje: Iza Palińskamodlitwa-o-lepsze-dni

Jennifer Clemens, „Modlitwa o lepsze dni”
Wydawnictwo Muza
Tłumaczenie: Jolanta Sawicka

design & theme: www.bazingadesigns.com