Mierzejewska: Nigdy tego nie robię

Katarzyna Mierzejewska
Korekta: Michalina Pągowska

Nigdy tego nie robię. Wzbraniam się okropnie. Zaciskam pięści i powoli odsuwam je od klawiatury. Tchórzostwo? Nie powiedziałabym. Raczej dbanie o swoją kondycję psychiczną i wiara w dobrą stronę ludzkiej natury. Czytając internetowe komentarze lub wdając się w debatę w sieci, można szczerze zwątpić w sens zaczynania światopoglądowych rozmów.  Tym bardziej, że często prędzej czy później wymiana zdań kończy się wyzwiskami, 3 linijkami wykrzykników czy wyciąganiem żydowskich korzeni.

cfIlustracja Monika Stolarska

Postanowiłam jednak, że spróbuję. Ot z ciekawości, potrzeby sprawdzenia, jak to jest, poszukania miejsca do kulturalnej polemiki. Kto powiedział, że ludzie z różnymi poglądami powinni od razu ustawiać się po przeciwnych stronach ringu, nakładać na zęby plastikowe ochraniacze i z okrzykiem wikinga ruszać do ataku? Okazja nadarzyła się szybko, w żaden sposób jej nie planowałam. Na facebookowym wydarzeniu dotyczącym propozycji zorganizowania parady równości w jednej z podwarszawskich miejscowości rozpętała się burza.

Zwolennicy tzw. normalności (wszak słowo normalność jest jedynie konstruktem kształtowanym przez społeczności zgodnie z trendem panującym w danej epoce i warunkach) apelowali, żeby ci mityczni „oni”, niosący zarazę i zepsucie, zostawili miasto w spokoju. Zdziwiło mnie to, bo charakter wypowiedzi wskazywał, jakoby sympatycy parad równości byli członkami sekty, ciemiężcami albo przynajmniej dławiącymi wolność i niepodległość kolonizatorami Natomiast owe miasto ostatkiem sił, wzywając wszystkie posiłki i wsparcie z okolic, zabezpieczało pękające fundamenty swojej ojczyzny, dzielnie broniąc się przed okupantem.

Spróbowałam delikatnie włączyć się do dyskusji, wspominając przy tym ludzki przywilej do prywatności, układania życia wedle własnych standardów, korzystania z praw przeznaczonych (wydawałoby się) dla każdego obywatela. Konkluzja o tym, że głową muru się nie przebije, nie jest przesadnie odkrywcza, a ludzkość znała tę zasadę na długo przed rozpowszechnieniem komentowania w sieci albo i samego Internetu.

Fakt, że na (wydaje mi się) rozważne i kulturalne wypowiedzi o pokojowym współistnieniu i wzajemnym szacunku odpowiadano mi w sposób mało elegancki, niekiedy obraźliwy też nie jest tu wyjątkowy. Nie mając argumentów, każdy człowiek chwyta się agresji i krzyku jak deski na niespokojnym morzu. Tak można dłużej pozostać przy swoim, nabierać przekonania o słuszności swojego postępowania. Impulsem dla przelania na papier mojego małego strumienia świadomości jest zdanie, po którym kapcie pospadały mi z nóg i z impetem uderzyły w posadzkę.

„Pewnie Pani Kasia jest feministką :D”.

Przyznam, że mnie zatkało, a jako osoba wyjątkowo gadatliwa (aż za bardzo) rzadko mam takie chwile. Nie widziałam kompletnie ciągu przyczynowo-skutkowego pomiędzy całą rozmową, a moim identyfikowaniem się z feminizmem. Wypowiedź w kontekście poprzednich opinii tego użytkownika miała jednak wydźwięk niemal obraźliwy. Chciał mi on ewidentnie dopiec takim „zaszufladkowaniem” mojej osoby. Dla niego nazwanie kogoś feministką było równoznaczne z powiedzeniem, że ktoś jest brzydki, gruby albo ma nieświeży oddech.

Od zawsze byłam zwolenniczką poglądu, że każda myśląca kobieta jest feministką (ba! dotyczy to również mężczyzn). Pod tym pojęciem, tłumacząc w najprostszy sposób, rozumiem podnoszenie kwestii związanych z dyskryminacją kobiet, chwalenie postępów w dziedzinach, w których udało się coś zmienić, zwracanie uwagi na rzeczywistość płci żeńskiej, która w wielu cywilizacjach, kręgach kulturowych jest nadal postrzegana jako inkubator czy gadżet do męskich uciech.

To niezgadzanie się na mobbing, jawną niesprawiedliwość w zarobkach, kłopoty z powrotem do pracy po urlopie macierzyńskim, utrwalony model kobiety jako „Wonderwoman”, która jest tytanem pracy, delikatną mamą i dziwką w sypialni. Oczywiście wszystkie te 3 funkcje wypełnia z idealnie pomalowanymi paznokciami i starannie wydepilowanymi nogami. To koniec z modelem wychowania, który pochwala pielęgnowanie w kobietach cech bezbronnych istot i temperowanie niezależności. To świat, w którym jako świadoma swoich mocnych i słabych stron kobieta mogę sama decydować o swoim ciele, przyszłości, nie boję się społecznego ostracyzmu z uwagi na moje życie seksualne, ale też mogę poprosić mężczyznę o zniesienie mi walizki, bo wie on, że feministki nie nienawidzą mężczyzn i wcale nie muszą łapać za kilof, udowadniając na siłę, że mają tak samo rozbudowane ramiona i mięśnie jak oni. To wreszcie rzeczywistość, w której reaguje się na krzywdę dziejącą się w innych częściach świata. Bo choć niektórzy z politowaniem pukają się w czoło, pytając „o jaką ty równość walczysz, przecież nikt cię nie dyskryminuje”, nie zmienia to faktu, że na świecie wciąż dokonuje się praktyk obrzezania kobiet albo sprawdzania dziewictwa, naruszając wszelkie granice prywatności i niezbywalnego, ludzkiego prawa do godności.

Te i wiele innych przykładów miałam już na końcu języka, ale zdecydowałam się na krótką rzeczową wypowiedź, w której wyraziłam entuzjazm, że dzięki „tym” feministkom mogę teraz rozmawiać na równi z kilkoma poddenerwowanymi mężczyznami, nie bojąc się konsekwencji mojego „rozochocenia”. Skwitowano mnie słowami „ czyli typowa feministka :D”, po czym zostałam zbombardowana serią dziwnych emotikonek, które zapewne miały mnie zaboleć jeszcze bardziej niż ta wysublimowana obelga.

O ironio, ta dość intensywna, lecz dość jałowa dyskusja rozgrywała się podczas Światowego Dnia Równości Kobiet. Tak dla przypomnienia, że choć lata mijają, to niektórym chyba wciąż marzy się polowanie na czarownice. Kobiety na miotłach nie uciekają, ale mogą iść śladem Walentyny Tierieszkowej, o której wspominała serialowa Red w jednym z odcinków „Orange Is The New Black”. Kobiety, której ani komunistyczna, radziecka rzeczywistość, ani mężczyźni tradycjonaliści nie przeszkodzili w wyprawie w kosmos. Kto wie, co było większym orzechem do zgryzienia.   

design & theme: www.bazingadesigns.com