Mierzejewska: Jeszcze raz – dlaczego wciąż potrzebujemy feminizmu?

Katarzyna Mierzejewska

Ten tekst miał być o tym, czemu dziś wciąż potrzebujemy feminizmu. Pokojowego, mądrego ruchu, który ma skłaniać do refleksji, nagłaśniać kwestie dyskryminacji i być impulsem do społecznej debaty. Nie o ideologii ofensywnej, oskarżycielskiej, nastawionej na agresję i palenie czarownic (choć w tym wypadku chyba czarowników). O czymś potrzebnym, reagującym na bodźce, otwartym na nowe.

feminiIlustracja Monika Stolarska

Choć odczarowywanie pojęcia feminizmu i feministek trwa w zasadzie od momentu umocowania się tego ruchu w części kobiecej społeczności, od dłuższego czasu, błędne rozumienie samego zjawiska rozwija się na ogromną skalę, a przeciwnicy dostarczają co i rusz nowych argumentów mających podeprzeć faktami tezę o szkodliwym wpływie feminizmu (a przede wszystkim feministek) na sytuację kobiet. Nie będzie więc tylko o potrzebie feminizmu, ale w pierwszej kolejności o mocnym głosie kobiet, którym z feminizmem (przynajmniej w ich mniemaniu) jest wybitnie nie po drodze.

Na stronę „Women against feminism” natrafiłam przypadkowo. Jest jednym z pierwszych wyników w wyszukiwarce. Ma ponad 35 tysięcy lajków, posty ukazują się regularnie kilka razy dziennie, a w opisie czytamy: „kobiecy głos sprzeciwiający się feministkom i popularyzowanej przez nie toksycznej kulturze”. Na zdjęciu w tle widnieją wizerunki masy kobiet, które pozują z kartkami papieru z listą argumentów antyfeministycznych. Uzasadnienia dzielą się na dwie grupy: część kobiet nie utożsamia się z ruchem, ponieważ wydaje się im zbędny (wówczas na kartkach pojawiają się teksty w stylu: „nie jestem feministką, bo nie jestem ofiarą, bo lubię być kobieca dla swojego faceta, bo nie jestem dyskryminowana”); druga grupa idzie dalej i feministki obwinia za rozdmuchanie spraw związanych z seksizmem, za podkopywanie moralności i instytucji stałych związków (skoro mężczyzna może spotkać wyzwoloną kobietę, która lubi seks to, po co ma się żenić i czemu ma nie zdradzać żony).

Zamiast fali krytyki, która mogłaby się w tym momencie ze mnie wylać w postaci zanotowanych słów, warto zastanowić się nad motywem działania grupy i znalezieniem kontrargumentów do debaty. Należy pamiętać, że mimo pokrętnych, niezrozumianych przez nas argumentów, przeciwniczki feminizmu wygłaszają takie sądy, ponieważ w swoim mniemaniu bronią dobrego imienia kobiet. Może to wynikać z głęboko zakorzenionego tradycjonalizmu, patriarchalnego modelu albo też zwyczajnego komfortu życia. Częstym argumentem, który przebija się w myśli środowiska „Women against Feminism” jest apel: nie szukajmy problemu tam gdzie go nie ma, nie skupiajmy się na szukaniu seksizmu w tweetach, grach video czy nazywania Bridget Jones babskim filmem. Są ważniejsze problemy. Dla nich feminizm to ruch z datą ważności, który dziś (przynajmniej w zwesternizowanej Europie) nie ma racji bytu. To wyuzdane myślenie o seksie, nienawiść do męskiego gatunku i szukanie przywilejów, a nie równości.

Każdy z tych argumentów przyjmuję z nieskrywanym smutkiem. Dbając o prawa każdego człowieka do wybrania własnej drogi i kierowania się swoim umysłem i propagując je, nie można kogoś ostro krytykować i kazać mu żyć na mój sposób – wówczas nie byłabym lepsza od tych, od których się stanowczo odżegnuję, od ludzi, którzy chcą decydować o czyimś życiu, seksualności i poglądach. Mogę jednak mówić, tłumaczyć swoje zdanie, kontrargumentować i debatować.

W feminizmie chodzi o jedność i zrozumienie. Dla mnie to grupa ludzi wspierających się wzajemnie, wolnych od wyszydzania, otwartych i tolerancyjnych. Największym sukcesem byłaby niewątpliwie chęć każdej kobiety do mówienia o sobie – jestem feministką, bo jestem kobietą.

Nie szukam dyskryminacji na siłę, ale nie pozostaję obojętna na nadużycia.  Bo feminizm nie jest ideologią ekskluzywną. Feministką może (i powinna) nazywać się zarówno kobieta, która nie godzi się na mniejsze zarobki i stara się o posadę dyrektorską, jak i matka wybierająca pracę w domu i zostanie z dziećmi. Odrzucając dobrobyt materialny i pozycję zawodową, każda z nas może zetknąć się z problemami na tym samym poziomie – z niedocenieniem jej starań, z brakiem wiary w jej możliwości, z szowinistycznymi komentarzami dotyczącymi chwiejnej natury i buzujących hormonów.

Chodzi o indywidualny wybór swojej ścieżki życiowej i otrzymywanie szacunku niezależnie od tego, jaką pracę wykonuję, gdzie mieszkam, z kim jestem w związku. Etykietki głoszące, co powinna robić prawdziwa kobieta, determinują też przyjęty w społecznej hierarchii obraz prawdziwego mężczyzny. Te stereotypy są krzywdzące dla obu płci. W tych samych momentach, w których kobietom zarzuca się zbytnią płaczliwość, odpowiednio zbyt wyuzdany strój albo zbyt męski (ciężko wyczuć prawidłowość w mechanizmie społecznej akceptacji), mężczyźni od małego uczeni są zatrzymywania emocji w sobie, braku przyzwolenia na pokazywanie uczuć, wstydzą się empatii, wrażliwości, nade wszystko boją się uznania za słabego. W tym momencie bardziej nawet współczuję panom, ponieważ moje oglądanie Jamesa Bonda nie wzbudzi takiej fali powszechnego szyderstwa i śmiechu, jak oglądanie dla przyjemności przez samca alfa „Dirty Dancing”. Preferencje, osobowość i gusta kształtują się w długim procesie socjalizacji, adaptacji do środowiska. Pochłaniamy otaczające nas wzorce, reagujemy na bodźce, słuchamy tego, co się nam przekazuje.

Nie oznacza to, że grająca w gry komputerowe kobieta jest odszczepieńcem, a facet szydełkujący dla przyjemności – dziwakiem. Oczywiste? Jak widać nie dla wszystkich.

Myślenie o feminizmie jako spontanicznym zrywie, który już dawno stracił datę ważności, jest dla mnie zbytnim uproszczeniem. Przez wiele trudnych lat kobietom odmawiano prawa do głosowania, ponieważ uważano, że żeńska natura jest zbyt porywcza, emocjonalna, a przez burze hormonalne i ckliwość owa natura zniekształca obiektywną percepcję rzeczywistości i racjonalne podejmowanie decyzji. I chociaż teraz traktować można te obrazki z niedowierzaniem i zaledwie cieniem oburzenia, warto pamiętać, że co jakiś czas w dyskursie publicznym jak bumerang powraca argument histerycznej natury kobiet, chociażby podczas sławetnej konferencji we Wrocławiu „La Donna e mobile. Prawne aspekty następstw cykliczności płciowej kobiet”.  Niepokoi fakt, że takie opinie są przyjmowane i rozpowszechniane przez rzeszę kobiet. Niektóre uwierzyły, że to mężczyźni są stworzeni do kierowniczych stanowisk, bo (jak to mówiła jedna z moich znajomych), „nie chciałabym, żeby w moim kraju rządziły polityczki, ponieważ na własnej skórze przekonuję się, co robią ze mną hormony”. To odbieranie sobie szansy na uczestniczenie w kreowaniu rzeczywistości na własne życzenie. Poparte serią zabobonów, które już kiedyś zatrzymały kobiety w domach.

To jeszcze raz: dlaczego wciąż potrzebujemy feminizmu?

Potrzebujemy feminizmu bo wciąż w niektórych częściach świata nie ma znaku równości pomiędzy prawami kobiet a prawami człowieka. Bo musimy pamiętać, że choć w naszym światku sytuacja jest coraz lepsza, nadal tysiące kobiet nie mogą decydować o swoim losie. W Afganistanie wciąż jedną z bardziej popularnych kar za seks przedmałżeński i „splamienie honoru rodziny” jest kamienowanie, połowa śmierci kobiet tamże, między 15-49 rokiem życia, jest spowodowana komplikacjami ciążowymi i porodem, w Afryce Subsaharyjskiej wciąż na masową skalę przeprowadza się obrzezania dziewczynek. Nie są to rzeczy, z których my jako cywilizacja ludzka możemy być dumni.

Potrzebujemy feminizmu bo nadal w naszej miodem i mlekiem płynącej cywilizacji łacińskiej, można przeczytać komentarze pod informacjami o ofiarach gwałtu głoszące, że „sama się prosiła”, „puszczalska”, „krótszą kieckę trzeba było założyć”… Nierówne traktowanie odbywa się na wielu poziomach, bardziej i mniej brutalnych, zawsze jednak mamy prawo reagować.

Potrzebujemy feminizmu, ponieważ kobiety uczy się, jak unikać gwałtu, które uliczki omijać nocą, odradza się zakładania szpilek i krótkich sukienek, które mają jakoby stanowić automatyczne zaproszenie do seksu. Przestrzega się kobiety, zamiast uczyć ludzi, by przestali patrzeć na kobiety jak na towar, łatwy cel, rzecz do wykorzystania. Potrzebujemy feminizmu również w sytuacji odwrotnej. Kobiety lubiące seks i chcące kształtować po swojemu własne życie erotyczne są często stygmatyzowane przez społeczeństwo, obrzucane obelgami, traktowane bez szacunku.

Bycie feministką nie ma nic wspólnego z tym, jak wyglądasz, co nosisz, skąd lub jak często uprawiasz seks. Bycie feministką nie oznacza, że kobiety zasługują na specjalne prawa; oznacza, że zasługują na takie same, jakie mają mężczyźni.

Nie dlatego, że jesteśmy lepsze – dlatego, że jesteśmy ludźmi. Nie chodzi nam o tworzenie obrazu kobiety słabej, uciśnionej, żebrzącej o rekompensatę krzywd, jak Niemcy o reparacje wojenne. Mężczyźni wiedzą od dziecka, że są silni i mogą wszystko. I to piękna postawa, kształtująca charakter i osobowość. Kobiety chcą zobaczyć świat z tej samej perspektywy, to wszystko. 

Nie chodzi o mówienie kobietom, co mają robić, jak się zachowywać, jakie oglądać filmy, jakie mieć marzenia. Chodzi o możliwość wyboru. Bycia elektrykiem albo matką polką, prowadzenia bujnego życia seksualnego czy bycia dziewicą do ślubu, noszenia krótkich spódnic albo bluz z kapturem. Największym problemem jest ograniczanie ludzkiego wyboru już na początku, przy założeniu co wypada kobiecie, co wypada mężczyźnie. Chodzi o wolny wybór, ale nie o mówienie komuś, czego potrzebuje. Każda z nas ma prawo do kierowania swoim losem wedle własnego uznania, po co tworzyć sobie łatki i sztuczne granice. I tak po drodze w życiu zdarzy się masa komplikacji, nie warto rzucać sobie kłód pod nogi już na samym starcie. 

design & theme: www.bazingadesigns.com