Broniarczyk: Make abortion great again

Natalia Broniarczyk

Parę dni temu po wrocławskim spotkaniu Aborcyjnego dream teamu, podeszła do mnie studentka dziennikarstwa, która pisała pracę zaliczeniową o aborcji w Polsce. Spodziewałam się standardowych aborcyjnych pytań, które ostatecznie padły, ale jedno z nich mnie zaskoczyło, choć słyszałam je już wcześniej kilka razy. Pytanie brzmiało następująco: „nie myślałyście o zastąpieniu słowa „aborcja” jakimś innym? Być może to pozwoliłoby Wam sięgać jeszcze dalej, do osób, których aborcja odstrasza”.make-greeat-again1


Ilustracja: Patricija Bliuj-Stodulska

Czemu słowo aborcja odstrasza? I czy naprawdę tak jest? Na jakie je zamienić? Czy to nowe, wymyślone określenie za jakiś czas też nie będzie nas straszyć, jeśli nie uporamy się z tym, skąd bierze się ten strach?

Tuż przed wspomnianym spotkaniem, w trakcie ustawiania krzeseł, pewna osoba zadała pytanie, na co szykujemy przestrzeń. Odpowiedziałam jej, że będziemy rozmawiać o aborcji, i że zapraszamy. W odpowiedzi na to słyszę: „hmm, no nie wiem, jestem przed obiadem, może gdybym była po”.

Dlaczego tak jest? Moim zdaniem dlatego, że od dawna, zaryzykuję nawet stwierdzenia, że od zawsze mówimy o aborcji krytycznie. Trudno się dziwić. Sytuacja jest krytyczna, dramatyczna wręcz. Od 1993 roku obowiązuje jedna z najbardziej restrykcyjnych ustaw antyaborcyjnych w Europie, surowsza w realizacji niż w zapisie, krzywdząca rocznie setki tysięcy osób, skazująca na samotność, najdotkliwsza dla osób mniej zamożnych. Powodów do radości trudno szukać. Ale to przecież nie przez aborcję jest dramatycznie i źle, tylko przez jej brak. Brak legalnej, bezpiecznej i faktycznie dostępnej aborcji.

Czy da się zatańczyć o aborcji?

Kilka lat temu, kiedy za sprawą Fundacji Feminoteka powstawał w Polsce taniec antyprzemocowy „One Billion Rising”, wspólnie z koleżankami mówiłyśmy „kurczę, fajny jest ten taniec, to odzyskiwanie kontroli, to wyznaczanie granic, ten ruch, no ale przecież o aborcji nie zatańczysz.” Teraz po kilku latach zadaje sobie pytanie: w zasadzie czemu nie?

Od kilku lat obserwuję zjawisko, które sama nazywam „positive abortion movement”. Nazywam je po angielsku z kilku powodów. Po pierwsze, bo dzieje się za granicą, w Polsce trudno je odnaleźć, zatem moja uwaga skupiona jest głównie na feministycznym ruchu w USA. Po drugie, bo mamy już np. „sex positivie movement”, który w naszym kraju doczekał się już nawet nie tylko polskiej nazwy (sekspozytywność), ale też organizacji pozarządowych, konferencji, warsztatów, a nawet targów. Po trzecie, pomimo to, że wierzę w to, że warto mówić o aborcji pozytywnie, to po polsku ciągle jest trochę trudne, brakuję słów, trzeba wyjść z ram, ze strefy komfortu, wystawić się na krytykę, zwyczajnie przesunąć granice.

W USA wszystko zaczęło się parę lat temu za sprawa „aborcyjnego gangu”, którego członkinie i członkowie publikowali artykuły afirmujące temat aborcji na swojej stronie internetowej. Potem przyszedł czas na kolejną, internetową akcję, czyli ruch #shoutyourabortion. Aktualnie, najprężniej działającym przykładem afirmacji aborcji jest między innymi organizacja URGE (United for Reproductive and Gender Equality). W kwietniu 2016 roku URGE razem ze studentkami i studentami Uniwersytetu w Ohio, zorganizowało serię spotkań pod tytułem „We are abortion positive. Are you?” Całodzienne spotkanie było okazją do wymyślania akcji mających na celu sprzeciwienie się planowanym próbom zaostrzenia prawa aborcyjnego w stanie Ohio, ale przede wszystkim była to celebracja aborcji. W spotkaniu kluczową rolę odegrały pracownice klinik aborcyjnych, które dumnie fotografowały się z kartkami z napisem „We are abortion providers”. Nie zabrakło też aborcyjnych coming outów, oraz zdjęć z kartkami „I love my abortion provider”. Podczas tego wydarzenia dyrektorka URGE Kierra Johnson wygłosiła takie przemówienie: „Podczas gdy przeciwnicy wyboru w swoim aktywizmie używają makabrycznych, zmanipulowanych obrazów, by w ten sposób zachęcić studentów i studentki do zaangażowania się w ruch anty choice, my wierzymy, że szczere, pozytywne mówienie o aborcji jest bardziej motywujące i zachęcające do włączenia się w działania, przede wszystkim jest ono uczciwe.

Młode osoby popierają faktyczny dostęp do aborcji, są one zmotywowane do stawienia oporu i zatrzymania fali opresji płynącej ze strony aktywistów i aktywistek anty choice.” Jednym z efektów tych spotkań było pojawienie się na ulicach Ohio wielkich banerów reklamowych z hasłem „Jestem wdzięczna za aborcję”.

21 stycznia 2017 roku w USA, ale też w innych krajach zostały zorganizowane demonstracje przeciwko Trumpowi. Na tej najliczniejszej w Waszyngtonie, ta sama Kierra Johnson przemówiła w koszulce z nadrukiem „I <3 abortion”, co przyczyniło się do krytyki, że te demonstracje były proaborcyjne a nie, jak zamierzano na początku, przeciwko polityce nowego prezydenta USA. URGE dzień po marszu, w 44 rocznicę liberalizacji prawa antyaborcyjnego w USA odniosło się do tej krytyki, wydając krótkie oświadczenie, że nie przestaną mówić o aborcji pozytywnie i są z tego dumne. Oświadczenie oznaczyły #AbortionPositive!

Wspomniany marsz z 21 stycznia był przykładem nie tylko niemalże modelowego podejścia do intersekcjonalnego feminizmu, ale też polem do afirmacji aborcji. Jedna z uczestniczek przyszła na tę demonstrację z transparentem, którego hasło nawiązywało do głównego sloganu kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa czyli „Make abortion great again” (w oryginale „Make America great again”). Autorka tego transparentu napisała artykuł ujawniający swoją motywację do stworzenia tego patykowca, a z niego możemy dowiedzieć się, że jest osobą wykonującą aborcję w klinice aborcyjnej oraz pracuje jako aborcyjna doula. W artykule tłumaczy jakie są konsekwencje mówienia, o tym, że aborcja powinna być rzadka, ale przede wszystkim z tekstu dowiadujemy się, do czego doprowadza stygmatyzacja aborcji. Cały artykuł dostępny tu.

Co my myślimy o aborcji? Co wiemy o tym, co myślą ludzie na temat aborcji?

Wracając do studentek i studentów. Pewnie w wielu głowach zrodzi się teraz pytanie czy młode osoby żyjące w Polsce są podobne do tych, o których mówiła Johnson. Szczerze mówiąc, nie wiem. Według mnie brakuje badań na temat, jak kształtuje się postawa osób w przedziale wiekowym 18 – 24 wobec przerywania ciąży. Wiem jednak na pewno, że funkcjonujący od 1993 roku zakaz aborcji przyniósł zamierzony efekt, czyli stygmatyzację aborcji. Prawo z pewnością kształtuje świadomość i nastawienie. Osoby urodzone w latach 80-tych i poźniej nie miały szansy dojrzewać w kraju, w którym aborcja byłaby legalna. Nigdy nie miały szansy zaznać, czym jest wolny wybór. Zabrano im możliwość zadbania o ich życie i zdrowie reprodukcyjne. To one w wieku nastoletnim musiały i ciągle muszą prosić o receptę na antykoncepcję hormonalną i szukać przyjaznego lekarza ginekologa/lekarki ginekolożki, którzy nie będą oceniać ich decyzji. To one doświadczyły fatalnie przygotowanego programu do Wychowania do życia w rodzinie, który nie jest dostosowany do rzeczywistości, w której żyjemy. I wreszcie. To im (mnie również) pokazywano w szkołach „Niemy krzyk”– wielokrotnie krytykowany film, potępiony m.in. przez członków i członkinie American College of Obstetrics and Gynecologists. „Niemy krzyk” to po prostu alternatywne fakty. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe informacje, uważam że niezwykle istotny jest fakt, że studenci i studentki organizujący Ogólnopolski Protest Studencki pośród swoich postulatów uwzględniły_li prawa reprodukcyjne. To może oznaczać, że może 24 lata propagandy i zakazu aborcji nie spowodowały zniszczenia totalnego. Warty dostrzeżenia jest również fakt, że to właśnie studenci i studentki medycyny zakładają takie stowarzyszenia jak Medical students for choice, a nie lekarze i lekarki z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem.

Brak zaangażowania środowiska medycznego w walkę o legalną aborcję w Polsce, albo chociażby klarownej deklaracji z ich strony, że zmiana prawa na bardziej liberalne jest konieczna przyczynił się do dramatycznej sytuacji, która ciągnie się od 24 lat. Nie jest tajemnicą, dlaczego ta deklaracja czy zaangażowanie nie następują. Lekarze i lekarki boją się utraty stanowisk, ale często też czerpią z zakazu aborcji finansowe korzyści.

W mojej opinii warto docenić też te wszystkie młode osoby, które uczestniczyły w większości protestów w 2016 roku i na kwietniowej demonstracji Porozumienia Odzyskać Wybór, Czarnym Proteście czy Ogólnopolskim Strajku Kobiet, gdzie pojawiły się tłumnie z własnoręcznie wykonanymi patykowcami, z hasłami nawołującymi do liberalizacji antyaborcyjnego prawa. Być może jest tak, że przez ostatnie 24 lata udało się nam wmówić, nie tylko to, że aborcja jest sprawą światopoglądową, ale również to, że liberalizację popierają tylko osoby, które pamiętają czasy kiedy aborcja była legalna. Być może nie doceniamy zaangażowania i pomysłowości młodszych osób?

Według mnie zwyczajnie nie nie wiemy jak do nich jak trafić. Nie przebijamy się z faktami przez antyaborcyjną agitkę, która obecna jest nie tylko w szkole, ale też w mediach. W większości polskich seriali aborcja zawsze pokazywana jest jako dramat, doświadczenie którego należy uniknąć, bo będzie nas prześladował „syndrom postaborcyjny”. Z analizy profesorki Beaty Łaciak, która do swoich badań obejrzała chyba wszystkie polskie seriale pod kątem prezentowania tematu aborcji, wynika że serialowe bohaterki w zasadzie nie zachodzą w niechciane ciąże, a jeśli im się to zdarzy, to zazwyczaj dzieje się to na skutek zdrady, co oczywiście daną bohaterkę dodatkowo stawia w negatywnym świetle.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że w polskich serialach praktycznie nie przerywa się ciąży, nawet gdy teoretycznie, zgodnie z obowiązującym prawem można byłoby ją przerwać, czyli na przykład wtedy, gdy bohaterka zaszła w ciążę na skutek zgwałcenia. Prof. Łaciak w swojej 20-letniej analizie napotkała tylko kilka przypadków, w których kobieta rozważa przerwanie ciąży. Z badań wynika, że jeśli już temat aborcji w serialu się pojawia, to przerwanie ciąży prawie zawsze jest bolesnym wspomnieniem, którego bohaterka żałuje, nierzadko też doświadczenie aborcji z przeszłości powraca jako przyczyna aktualnej choroby, traumy czy nieszczęścia. Polskie seriale, zarówno produkowane przez telewizję publiczną jak i prywatną, prezentują temat aborcji tylko w jednym wymiarze – jako zło, trudny temat, decyzję, której lepiej uniknąć. Raport z badania dostępny jest tu.

Dlaczego mówienie pozytywnie o aborcji jest ważne? I komu chodzi o to, by aborcja była rzadka?

Jakiś czas temu miałam okazję uczestniczyć w programie telewizyjnym na temat aborcji. Moją kontrrozmówczynią była działaczka organizacji anty-choice. Próbowałyśmy rozmawiać o tym, do czego doprowadza wprowadzenie restrykcyjnych ustaw. Prowadząca program dziennikarka mojej kontrozmówczyni zadała pytanie: „Czy znacie jakiś kraj, w którym spadła liczba aborcji, wtedy kiedy penalizujemy aborcję? Do czego chcecie dojść?”. W chaotycznej odpowiedzi można doszukać się prawdziwej intencji. Mianowicie działaczka anty-choice odpowiedziała „Zabranianie, wprowadzanie zakazu prawnego nie jest jedynym działaniem, które podejmujemy. Nasza praca u podstaw, to nasza praca w szkołach, nasza praca na ulicach polskich miast pokazywanie praw do aborcji, mówienie o nich jest ważniejsze, niż te inicjatywy ustawodawcze, projekty, petycje. Nie, nie podam przykładu kraju, w którym zmalała liczba jakiegokolwiek procederu w momencie wprowadzeniu jego zakazu, ale to jest piłeczka, którą się odbija tak naprawdę w każdą stronę. Zakazane mamy tak naprawdę narkotyki, czy to oznacza, że nikt ich nie stosuje? (…)”.

Więc o co chodzi? Z pewnością nie chodzi o zmniejszenie liczby aborcji. Już nawet działacze i działaczki anty-choice wiedzą, że zakaz nie zmniejsza liczby aborcji. Im chodzi o stygmatyzację przerywania ciąży, chodzi o kształtowanie poczucia winy, strachu i lęku. A skoro chodzi o stygmatyzuję, to ze stygmatyzacją należy walczyć. A jak walczyć ze stygmatyzacją? Może poprzez afirmację? Albo chociaż na początek poprzez rezygnację ze stwierdzenia, że aborcja powinna być rzadka.

Stygmatyzacja aborcji – co to jest?

Stygmatyzacja, czyli naznaczanie, piętnowanie. W Polsce coraz częściej mówi się o stygmatyzacji osób, które przerwały ciążę, i otwarcie o tym opowiadają. Przykładem tego typu stygmatyzacji jest historia Natalii Przybysz. Szczęśliwie, coraz częściej podejmowane są kampanie czy działania przeciwdziałające stygmatyzacji kobiet, które przerwały ciąże. Ale stygmatyzacja aborcji i przeciwdziałanie stygmatyzacji aborcji samej w sobie to jednak coś więcej. To przede wszystkim próba zmiany narracji wokół tematu. Czyli odczarowanie aborcji, zdjęcie z niej piętna. Rozmawianie o aborcji normalnie, bez tabu, bez dramatu. Wiem, że podejmowanie tego typu działań w kraju, w którym od 1993 roku funkcjonuje tak restrykcyjna ustawa antyaborcyjna jest nie lada wysiłkiem. Ale może warto spróbować?


Korekta: Monika Mioduszewska-Olszewska

design & theme: www.bazingadesigns.com