Karioka Girls Rock Camp – radość, duma & rock’n’roll

Pod koniec lutego tego roku w Krakowie miało miejsce wydarzenie doniosłe, radosne i absolutnie niezwykłe – po raz pierwszy w Polsce odbył się Girls Rock Camp. Obóz muzyczny organizowany w stu procentach przez kobiety, w stu procentach przeznaczony dla dziewcząt. Właśnie trwa rekrutacja na drugą, letnią edycję obozu – Karioka Girls Rock Camp Beskidy. Jeśli masz nastoletnią siostrę, córkę, koleżankę, sąsiadkę, bratanicę lub uczennicę, która gra albo chce grać w kapeli – opowiedz jej o campie, podeślij linka z formularzem rejestracyjnym, pokaż jej ten artykuł. Niech wie, że zmienianie marzeń w rzeczywistość może być łatwiejsze, niż sądziła.

IMG_9927

Idea pochodzi z USA. Obóz tworzyć ma przestrzeń wolną od stereotypów, uprzedzeń i dyskryminacji, wspierać rozwój twórczych postaw, wspomagać uczestniczki w budowaniu pewności siebie, rozwijać w nich swobodę i odwagę ekspresji. Organizacją-matką, od której wszystko się zaczęło jest Girls Rock Camp Alliance – obecnie zrzesza ponad 60 obozów z całego świata, a liczba ta rośnie. Najświeższym z „nabytków” jest właśnie Karioka Girls Rock Camp, polska edycja tej inicjatywy. Dlaczego Karioka? Wiedzą te i ci, które i którzy pamiętają kultowy serial „Stawiam na Tolka Banana” – młodzieżowej łobuzerskiej grupie przewodziła w nim właśnie zadziorna Karioka. Celem GRC jest działanie na rzecz dziewcząt i kobiet oraz wspieranie ich w ich muzycznych i pozamuzycznych dążeniach, w przejmowaniu roli frontmenek, liderek, instrumentalistek i samodzielnych twórczyń. Dzięki GRC na całym świecie rośnie rzesza grających i tworzących muzykę kobiet – dla niektórych obóz jest pierwszym kontaktem z gitarą czy perkusją, inne grają od dziecka i zdarzało się, że występowały już wcześniej przed publicznością. Wyzwań, jakie obóz stawia przed wszystkimi, zarówno jego uczestniczkami, jak i organizatorkami, jest cała masa. Jednocześnie, efekt końcowy pierwszej polskiej edycji obozu utwierdza wszystkie zaangażowane strony w przekonaniu: bez wątpienia warto!

W świecie muzyki, tak samo zresztą, jak w filmie, teatrze, literaturze, sztuce, fotografii i praktycznie każdej innej dziedzinie twórczości – kobiety są nadal znacząco niedoreprezentowane. Same efekty ich pracy bywają zaś często szufladkowane jako „kobiece”, umniejszane lub po prostu ignorowane. W świecie pozamuzycznym i muzycznym kobietom z góry przypisuje się do odegrania określone role i wciąż zbyt często są to role trzecioplanowe. GRC jest po to, by to zmieniać. Po to, by słysząc zwyczajowe: „Dziewczyny nie grają rocka? Cóż, widocznie nie chcą lub się do tego nie nadają” móc powiedzieć: sprawdzam! I co się wtedy okazuje? Okazuje się, że dziewczyny grają. Bardzo grają, bardzo tworzą, bardzo się nadają i przede wszystkim bardzo, najbardziej, ogromnie – chcą, wystarczy tylko dać im przyjazną przestrzeń do realizacji tych pragnień.

Pierwsza polska edycja obozu została zorganizowana przez Fundację Pozytywnych Zmian z Bielska-Białej oraz Stowarzyszenie Kobieca Transsmisja z Krakowa. Grupę organizatorek uzupełniał mocny skład nauczycielek-instrumentalistek (perkusja, bas, gitara elektryczna, wokal), na co dzień zawodowych muzyczek oraz cały sztab działaczek i wolontariuszek, zajmujących się kwestiami wszelakimi – od fotograficznego i filmowego dokumentowania przebiegu obozu, po kwestie aprowizacji w odbitki tekstów piosenek czy uwielbiane przez wszystkie krakersy. Obóz łączył w sobie elementy muzyczne i równościowe – w jego trakcie zostały przeprowadzone warsztaty dotyczące stereotypów, dyskryminacji i ról przypisywanych dziewczętom i kobietom. Niemniej to muzyka była dla uczestniczek obozu najważniejsza. I to właśnie wymierny, muzyczny efekt zaledwie pięciodniowych starań całej ekipy miał zostać oceniony przez publiczność podczas finałowego koncertu w krakowskim Pięknym Psie.

IMG_9909

Przed dziewczętami (w wieku 14-19 lat), które zapisały się na obóz stało niełatwe zadanie, którego sporo innych, dorosłych osób mogłoby się pewnie porządnie przestraszyć. W niespełna tydzień dziewczyny miały się poznać, oswoić z instrumentami, które same wybrały lub do których zostały przydzielone (dla niektórych był to pierwszy raz w życiu, kiedy trzymały w rękach gitarę czy pałeczki!), podzielić się na kilka pełnoformatowych kapel (optymalnie składających się z: wokalistki, gitarzystki, basistki i perkusistki – i obyło się bez grymaszenia, że ktosia jest na perkusji, choć wolałaby śpiewać; liczyło się to, by zespoły szybko i skutecznie mogły zaistnieć), wybrać nazwę i sceniczny image dla swojej grupy, opanować wybrany przez siebie repertuar, a nawet stworzyć własne, autorskie piosenki. Po zaledwie pięciu dniach intensywnych prób te starania miał wieńczyć prawdziwy koncert, w prawdziwym klubie, przed prawdziwą, wymagającą publicznością. Całość brzmi jak zupełnie konkretny powód, by mieć w takiej perspektywie całkiem prawdziwą i solidną tremę.

Wątpliwości, czy w tak krótkim czasie naprawdę da się wykonać praktycznie od zera tak gigantyczną pracę, okazały się zupełnie niepotrzebne. Po prostu nie było czasu na wątpliwości. Szybko wyłoniły się składy i nazwy zespołów oraz listy utworów. Od samego początku na serio, ambitnie i bez taryfy ulgowej – kapele wybrały dla siebie do wykonania (na żywo!) takie klasyczne numery rocka, jak „Dani California” Red Hot Chili Peppers, „Holiday” Green Day czy „Seven Nation Army” The White Stripes. Nacisk kładziony był przede wszystkim na dobrą zabawę, wsparcie i współpracę w ramach muzycznych składów. To miało być wyzwanie, ale przyjemne wyzwanie – w końcu trudno od osób, które pierwszy raz w życiu trzymają w ręku gitary czy wystukują rytm pałeczkami wymagać zawodowej biegłości wykonania utworów po zaledwie kilku dniach prób. Same próby były natomiast dwojakiego rodzaju – dopołudniowe lekcje gry na wybranych instrumentach, uzupełniane popołudniowymi próbami już w obrębie gotowych zespołów (a pomiędzy nimi przerwa na regenerację sił z pomocą wzbudzającego sensację wegańskiego jedzenia).

Dziewczęta od samego początku wspierały się nawzajem i mobilizowały, no i dawały z siebie wszystko. Ich nauczycielki także. Efekty nie były natychmiastowe, początkowe niepowodzenia niczego jednak nie komplikowały. Brzmi to być może niewiarygodnie czy naiwnie, lecz naprawdę tak było – wszelkie pojawiające się po drodze trudności wzmacniały tylko atmosferę solidarności i współpracy między uczestniczkami. Niesamowicie było obserwować, jak te młode osoby o zróżnicowanych przecież charakterach i temperamentach wykazują się tak wielką życzliwością, zrozumieniem i szacunkiem wobec siebie nawzajem. Nie okazując zniecierpliwienia (jeśli były w czymś mocniejsze od koleżanek) czy nie zniechęcając się i próbując do skutku (jeśli coś im nie wychodziło od razu). Od pierwszego dnia było też widać, że dziewczyny bardzo poważnie podeszły do swoich zadań – jak do specyficznego zobowiązania, podjętego wobec koleżanek z zespołu i nauczycielek. Prawdopodobnie większość z nich ćwiczyła też dodatkowo w domu, wieczorami lub w nocy. Sam obóz miał formułę półkolonii, gdzie dziewczęta pojawiały się na zajęciach tylko w ciągu dnia – fenomenalne postępy, jakie zrobiły w tak krótkim czasie to niezbity dowód ogromu wysiłku, pracy i serca włożonych w przygotowania.

IMG_9324

Zgrywanie się zespołów i szlifowanie brzmienia postępowały praktycznie w oczach, czy też może lepiej powiedzieć – w uszach. To, co w środę brzmiało jeszcze nieco nieporadnie, na próbie podsumowującej czwartkowe zajęcia mogło być już śmiało uznane za próbę techniczną przed samym koncertem (zaplanowanym na sobotę). W takiej sytuacji uczestniczki nie odpuszczały, osiadając na laurach, zamiast tego do ostatniego momentu angażowały się w stu pięciu procentach, jeszcze wyżej podnosząc sobie poprzeczkę. Kiedy okazywało się, że zupełnie swobodnie radzą sobie już z wybranymi dwoma-trzema coverami, dodatkowo zasiadały do pisania i aranżowania własnych piosenek. Świetnych piosenek! Tak po prostu. Zachęcane i dopingowane przez opiekujące się zespołami „ciocie”: Aminę, Paulinę, Beatę, Nelę (a także całą resztę bardzo przejętych, kibicujących i zaangażowanych cioć), jednak całą twórczą, muzyczno-tekstową robotę wykonując samodzielnie i na własny rachunek.

Koncert finałowy to była absolutna petarda. Nerwy, trema i emocje – nad którymi wszystkim dzielnie i profesjonalnie udało się zapanować. Występy kolejnych zespołów wzbudzały aplauz zaproszonych rodzin i znajomych, a także grona zupełnie przypadkowych osób, które akurat tego dnia zjawiły się w Pięknym Psie. Dziewczyny na scenie wyglądały swobodnie i całkowicie jak w swoim żywiole, ich wersje znanych piosenek brzmiały (naprawdę!) lepiej od oryginałów, zaś publiczność porwana ich entuzjazmem i wysokim poziomem wykonania wyśpiewywała z nimi refreny. Na niewielu koncertach dają się odczuć tak intensywne, szczere i pozytywnie naładowane przepływy energii między sceną a publiką, jak miało to miejsce tamtego wieczoru w krakowskim klubie. Fantastyczny efekt końcowy intensywnego tygodnia przygotowań był chyba najlepszą nagrodą i formą uznania dla zaangażowania i odwagi uczestniczek. Które przecież w punkcie wyjścia musiały bez reszty uwierzyć w siebie i w sukces, by stał się on możliwy.

Na koniec, można zadać obecne w domyśle, acz dotąd niewypowiedziane pytanie – czy istotną różnicę sprawiłoby, gdyby w organizację obozu zaangażowani byli także mężczyźni? Czy naprawdę coś by się stało, gdyby uczestniczyć w obozie mogli prócz dziewcząt – także i chłopcy? Czy coś byłoby inaczej? Cóż, prostej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Za to jest jedna dobrze ilustrująca przypuszczenia anegdota, zaczerpnięta z dnia finałowego koncertu. Zamysłem obozów GRC jest, iż w każdym aspekcie mają być one przygotowywane i prowadzone przez całkowicie żeńskie składy. I Pierwszy Karioka Girls Rock Camp prawie (prawie!) udało się w ten właśnie sposób zorganizować. W każdym aspekcie, prócz jednego. Tym jedynym wyjątkiem były przygotowania do koncertu finałowego; przygotowania, które nadzorował i koordynował techniczny pracownik (a nie pracownica) klubu – z jakichś powodów stało się tak, a nie inaczej, wbrew idei campu. Kiedy tylko dziewczęta (po raz pierwszy w życiu!) na fali podekscytowania bliskim już występem, pełne frajdy i zapału wskoczyły na scenę, chwyciły swoje instrumenty i zaczęły stroić je do próby, owemu pracownikowi technicznemu, który miał zająć się nagłośnieniem imprezy reakcja zabrała równo pół sekundy: – Co wy wyprawiacie?! Jeśli tak to będziecie robić, nic z tego nie będzie. Kompletnie nie potraficie się do tego zabrać! – wykrzyknął do młodych rockmanek władczo i karcąco. I już zabierał się do tego, by dziewczęta obsztorcować i rozstawić po kątach według własnego uznania, kiedy w porę został odciągnięty na stronę przez jedną z organizatorek, klarującą mu coś intensywnie, zniżonym głosem. W efekcie na szczęście dał spokój. Bo i dziewczęta nie zrobiły nic, co usprawiedliwiałoby tak gwałtowną reakcję, czym zasłużyłyby na ochrzan czy krytykę. Po prostu, chwyciły instrumenty, na których za parę godzin miały zagrać koncert. I sam widok dziewczynek z instrumentami w rękach najwyraźniej okazał się na tyle niecodzienny czy niepokojący, że nastąpiła natychmiastowa i prawie automatyczna reakcja – symbolicznie przypomnienie i zaakcentowanie, kto tu rządzi i kto jest u siebie.

IMG_9529

Czy naprawdę dziewczęta nie mogłyby częściej po prostu być u siebie? Czy nie mogłyby być u siebie – będąc gdziekolwiek? Czy zawsze musi się znaleźć ktoś, kto z jakiegoś, jakiegokolwiek powodu chętnie da im odczuć, że coś robią nie tak? Nie, na szczęście dziewczyny w większości nie mają poczucia, że jest im trudniej, że nie jest sprawiedliwie. Nie czują się gorsze ani „inne” w posiadanych aspiracjach (wiemy to z ankiet ewaluacyjnych, które wypełniły po obozie na naszą prośbę). Mierzą wysoko i bez trudu dosięgają swoich celów – co fantastycznie pokazał przykład Karioka Girls Rock Camp. Osoby, które organizowały i realizowały dla nich ten obóz niezmiernie to cieszy – w końcu camp nie był po to, by cokolwiek im utrudniać, czy też by je straszyć. Miał je wzmocnić, dać im cel i pomóc w jego osiągnięciu, pozostawić po sobie świadomość, że jeśli tylko zechcą – mogą zrobić wszystko. I plan ten koncertowo (nomen omen) udało się zrealizować. Pytanie tylko, dlaczego by dziewczętom na parę dni stworzyć w miarę komfortowe warunki do pracy i życia trzeba ni mniej ni więcej, tylko wykreować rodzaj równoległej rzeczywistości? Rzeczywistości wyłączonej spod władzy i zasad działania tzw. normalnego świata. W której panują warunki sprzyjające rozwojowi dziewczęcych talentów, wolne od presji, oceny, stereotypów; przyjazne i niehierarchiczne. Takie, które sprawiają, że nie trzeba obawiać się prób i niepowodzeń, że można czuć się pewnie i swobodnie, no właśnie – u siebie. Jak długo jeszcze świat będzie ignorował istnienie, wrażliwość i potrzeby dziewcząt? To, co miały na tym obozie przez niecały tydzień – mogłoby przecież być ich codziennością. Może nawet powinno być?

Póki dziewczęta potrzebują przestrzeni im przyjaznej, póty tworzenie takiej przestrzeni będzie zadaniem Karioka Girls Rock Camp – z definicji jest to projekt cykliczny i długofalowy. Obóz zorganizowany w lutym był zaledwie pierwszym z serii zaplanowanych na tym etapie trzech obozów dla nastolatek (dziewcząt w wieku 14-19 lat). Kolejny camp odbędzie się w ostatnim tygodniu sierpnia w Bielsku-Białej – nabór na niego trwa od 15 maja do 15 czerwca, zapisywać się można poprzez formularz rejestracyjny. Uczestnictwo w obozach jest dla uczestniczek bezpłatne. Dlatego i tym bardziej ideę oraz organizację Karioka Girls Rock Camp warto wesprzeć, przekazując darowiznę na rzecz Fundacji Pozytywnych Zmian albo Stowarzyszenia Kobieca Transsmisja. Dziewczynki i ich aspiracje to najlepsza i najbardziej przyszłościowa inwestycja, jaką tylko możemy sobie wymyślić.

Iza Palińska

design & theme: www.bazingadesigns.com