Zmarzlik: Druga Polska mama [WYWIAD]

Z Jolantą Zmarzlik, terapeutką Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, realizatorką projektu Program Dzieci Uchodźców rozmawia Kinga Elert-Gadacz.

W Polsce znajduje się 11 ośrodków dla uchodźców w tym jeden na Targówku dla samotnych matek z dziećmi. Rząd z trudem zobowiązał się do przyjęcia 7 tysięcy osób w ciągu dwóch lat. Czy warunki i pomoc, jaką zaoferowaliśmy uchodźcom, jest wystarczająca?

Do ośrodków trafiają osoby z różnymi traumami i negatywnymi doświadczeniami. Doświadczenia te pochodzą zarówno z kraju, z którego uciekły, jak i z okresu ucieczki, wędrówki, prób znalezienia bezpiecznego schronienia. Pomoc, jaką otrzymują uchodźcy w Polsce jest wystarczająca w podstawowym wymiarze. Oferujemy dach nad głową, skromne utrzymanie, bezpieczeństwo, szkołę dla dzieci. To dużo i zarazem mało, bo potrzeby tych ludzi są ogromne. Wiele z tych osób uciekło z własnego kraju nie dla jakiejś fanaberii. Uciekają przed prześladowaniami politycznymi, konfliktami narodowościowymi, przemocą domową, gwałtami i skrajną nędzą. W ośrodkach spotkamy osoby poranione psychicznie, z depresją i podwyższonym poziomem lęku. Powinny dostać pomoc specjalistów, psychologów, terapeutów i pedagogów po to, aby móc rzeczywiście stanąć na własnych nogach i przejąć kontrolę nad swoim życiem. Panuje u nas fałszywe przekonanie, że uchodźcy otrzymują jakąś ogromną pomoc finansową i opływają w luksusy. Tymczasem oni desperacko ruszają w nieznane, zostawiając za sobą cały dobytek. Pakują tylko do toreb lub plecaków to, co jest im niezbędne do przeżycia i codziennego funkcjonowania. Jeśli chcemy, aby potrafili o siebie zadbać, znaleźć swoje miejsce w naszej społeczności, musimy uruchomić więcej specjalistów do pracy z dorosłymi po traumie i z dziećmi, zagubionymi w nowym środowisku.

Integracja czy asymilacja?

Uchodźcy przebywający w ośrodkach nie mają szans na asymilację. To jest oczekiwanie zbyt wczesne. Na tym etapie jest prosta nauka życia w nowej, często zupełnie dla nich obcej, mało zrozumiałej rzeczywistości. Ta nauka jest zresztą bardzo ułomna. Te ośrodki to takie specyficzne getta, oddalone od lokalnych środowisk, umieszczone gdzieś w lesie, zamknięte, otoczone murem. Poza ośrodek można oczywiście wyjść. Ale za murem czeka piękny las, autobus dwa razy na dobę, a w kieszeni 70 zł miesięcznie kieszonkowego. Dorosłym prawo zabrania podejmować pracę, więc tak naprawdę niewiele jest powodów, aby opuścić ośrodek i podejmować próby integracji. Dorośli na terenie ośrodka mogą uczyć się języka polskiego. Niektórzy z tego korzystają, inni prędko tracą motywację, nie znajdując okazji do spożytkowania nowej umiejętności. Mężczyźni bez celu kręcą się między budynkami, z każdym dniem popadając w coraz większą bezradność, frustrację i marazm. Kobiety próbują jakoś wypełniać rolę matek, żon, gospodyń domowych. O konflikty we wspólnych kuchniach, łazienkach, korytarzach i stołówkach jest niezwykle łatwo. W efekcie Polska za murami ośrodka jest równie daleka, jak Polska z perspektywy Kaukazu, Azji czy Afryki. Na co dzień brak jest pomostów miedzy uchodźcami i lokalną społecznością, które ułatwiałyby integrację przybyszom. Za brak pomysłów na te pomosty ponosimy odpowiedzialność my: rząd, samorząd, parafia, lokalna społeczność. Niedoinwestowane organizacje pozarządowe nie udźwigną całej odpowiedzialności za bezbolesną i bezpieczną integrację.

Nie wychodzą z ośrodka, ponieważ boją się ataków.

W tej chwili oni tym bardziej nie chcą wychodzić, bo rzeczywiście się boją. Jeszcze rok temu sytuacja wyglądała inaczej. Dziś muzułmańskie kobiety w hidżabach są obrażane, zdarza się fizyczna agresja. Agresję wzbudza nie tylko chusta, wystarczą trochę egzotyczne rysy, wschodni, powłóczysty ubiór. To ciche przyzwolenie na agresję, budowanie atmosfery strachu, nienawiści, pogardy, nie sprzyja integracji uchodźców, nie otwiera drzwi do wzajemnego szacunku i tolerancji. W budowaniu tej atmosfery mają swój udział przywódcy polityczni, dziennikarze oraz media społecznościowe. Gdyby energię i wysiłek włożony w podsycanie nienawiści przekuć na budowanie wzajemnego szacunku, wszyscy czulibyśmy się z tym lepiej. Ośrodki przeważnie są pochowane w najciemniejszych dziurach. Ale i tak są protesty. Na przykład do jednego z ośrodków protestujący sprowadzili ludzi autokarami. Oni nie pochodzili z okolicy. A tam kursuje chyba jeden autobus na dobę. Ten ośrodek jest odizolowany, w środku lasu, uchodźców nawet nie widać.

W mediach są doniesienia o rzekomych gwałtach na Polkach, podczas gdy to w Łomży młody nacjonalista pobił dwie Czeczenki.

Rok temu byłam w jednym z ośrodków w pobliżu Warszawy. Z całą pewnością nie było tam ani jednego Syryjczyka, w żadnym wieku. A potem czytam w Internecie gorącą informację, że Syryjczyk zgwałcił Polkę. Kompletnie wyssane z palca bzdury, które łatwo zakorzeniają się w ludzkiej świadomości, przygotowanej wcześniejszymi opiniami np. o roznoszeniu przez uchodźców zarazków. Dla mnie osobiście nie do przyjęcia jest postawa dyskryminacji i pogardy wobec drugiego człowieka. Sama wychowałam się w domu, w którym ważna była tolerancja i szacunek dla inności. Mam przyjaciółkę, która jest ortodoksyjną Żydówką i przyjaciół muzułmanów, Czeczenów, mieszkających w Polsce już od 15 lat.

Dorośli mają większe trudności z integracją?

Dzieci dużo szybciej się integrują, uczą się języka polskiego i radzą sobie z otaczającą je rzeczywistością. Bo taka jest natura dziecka, dzieci są dużo bardziej chłonne, elastyczne. Poza tym chodzą do szkoły. I to jest dla nich dobre, bo obcują z rówieśnikami, poznają obyczaje i kulturę naszego kraju, mają warunki do integracji. Dzieci na szczęście żyją dniem dzisiejszym, chcą się bawić, rozwijać, czerpać z życia garściami. Czasami dzieci mają wyraźne objawy przeżytej traumy, trudności ze snem, lęki, odtwarzają trudne doświadczenia w zabawie, tęsknią za krewnymi, swoim środowiskiem. Długo nie odnajdują się w szkole, narażają się rówieśnikom, nie znając obowiązujących kodów kulturowych. Są inaczej, nierzadko gorzej ubrane, bez silnego wsparcia rodziców, którzy bywają jeszcze bardziej pogubieni i bezradni niż ich dzieci. Kulturowo nauczone są nie prosić dorosłych o pomoc. Dla tych dzieci robimy o wiele za mało, niedostatecznie inwestujemy w ich integrację, ich rozwój. Koledzy z organizacji pozarządowych wiedzą, jak bardzo te dzieciaki złaknione są zainteresowania. Wyjście na podwórko z piłką, kredkami, bańkami mydlanymi natychmiast rodzi wianuszek maluchów chętnych do zabawy, współpracy, ciekawych gościa, otwartych na propozycje. Jednak tych propozycji dla dzieci mamy za mało. Zostawiamy je za murami ośrodków, w lesie, żyjące w przekonaniu, że świat ich nie potrzebuje, oddziela, chowa, skazuje na izolację. Dzieci żyją w ośrodkach pod opieką rodziców, którzy przeżywają całą masę różnych frustracji. Dorośli są dużo bardziej ostrożni i nieufni. Obciąża ich ubezwłasnowolnienie, brak środków finansowych, oddzielenie od rodziny. I podstawowe, najważniejsze doświadczenie, z którym żaden człowiek nie radzi sobie dobrze: niepewność jutrzejszego dnia. Co dalej? Procedura jest dość skomplikowana i uchodźcy nigdy nie wiedzą, czy dostaną odpowiedź za tydzień, za miesiąc, czy za rok. Są tacy, którzy latami siedzą w tych ośrodkach. Bo cały czas trwa procedura.  

Czy w ośrodkach uchodźcy są bezpieczni?

W porównaniu z sytuacją w krajach, z których pochodzą, tutaj są bezpieczni. Nie spadają im bomby na głowę, nikt nie wpada do domu uzbrojony po zęby, nie ma porwań i etniczno-polityczno-kulturowych konfliktów, przed którymi uciekają. Pod tym względem są bezpieczni. Ale jeśli chodzi o możliwość zaplanowania swojego życia, to już niekoniecznie. Nie wiedzą, co mają zrobić ze swoim życiem, jak wychować dzieci, co im powiedzieć. Zdarza się, że dziecko chodzi do szkoły, nauczyło się już trochę języka polskiego i nawet odnosi już jakieś sukcesy szkolne. I wtedy nagle okazuje się, że rodzina otrzymała z urzędu odmowną odpowiedź i mają wracać. Więc składają odwołanie, bo jeszcze mają nadzieję. I to dziecko dalej chodzi do szkoły, ale traci motywację do nauki, ponieważ wszystko jest niestałe i tymczasowe. Dzieci nie nawiązują głębszych przyjaźni, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjaciel zniknie, rodzina będzie deportowana, zmieni miejsce pobytu. Starsze dzieci nie planują, do jakiej pójdą szkoły, bo być może jutro już ich tu nie będzie, nie zapisują się do klubów sportowych, nie korzystają z zajęć dodatkowych, bo ból utraty jest zbyt duży. Nie chcą się do niczego przywiązywać, bo wszystko, co je otacza, jest nie do końca ich, nie do końca mają do tego prawo. Niedawno wszyscy przeżywaliśmy historię zdolnego, utalentowanego ucznia liceum, który wraz z rodziną kilka lat czekał na decyzję o przyznaniu statusu uchodźcy. Chłopiec jest wzorowym uczniem przygotowującym się do matury, snującym marzenia o studiach w Polsce. W połowie roku szkolnego urzędnicy podjęli negatywną decyzję dla jego rodziny. Za chłopakiem murem stanęli nauczyciele, rówieśnicy, ich rodzice. Chłopiec będzie mógł przystąpić do matury. Ale nie wiadomo, co będzie dalej.

Co ze wspomaganiem rozwoju dzieci?

Okazjonalnie, głównie z inicjatywy organizacji pozarządowych, są organizowane programy integracyjne. Brakuje jednak szczególnie systemu wspomagania dzieci na terenie ośrodków. Nie istnieje coś takiego, jak zajęcia dla dzieci. A jeśli już się zdarzają, to trwają krótko, niesystematycznie. Dzieci uchodźcze nie mają normalnych warunków rozwoju. Czasami latami żyją skoszarowane, w ciasnych pokojach, w których rodzice próbują stworzyć im namiastkę domu. Żyją w permanentnej tymczasowości, karmione nadzieją lepszego jutra. Obserwują sfrustrowanych, niepewnych rodziców i ciągle doświadczają braku kontroli swojego życia. Nic od nich nie zależy, na nic nie mają wpływu. Warszawa, Białystok, to miasta duże, zasobne w organizacje pozarządowe, wolontariat, środowiska akademickie. Tam dzieciaki uchodźcze mogą liczyć na jakieś wspomaganie, na zajęcia sportowe, akcje charytatywne, zabawki na dzień dziecka, korepetycje. Ale malcy ukryci w lesie za jednostką wojskową dostają dwa razy w tygodniu sklep objazdowy z tanimi cukierkami. Gdyby ktoś przyszedł i zorganizował im na przykład zajęcia sportowe, pokopał z dziećmi w piłkę… Mało jest okazji, które pozwoliłyby tym dzieciom budować poczucie własnej wartości, dzielić się swoją kulturą, budować dumę z bycia Czeczenką, Tadżykiem, Gruzinką czy Kirgizem. Szkoły, do których chodzą dzieci uchodźcze objęte są programami integracyjnymi, pracują w nich tzw. mentorzy międzykulturowi. Ale w praktyce to wsparcie jest niewystarczające, nauczyciele czują się zbyt obciążeni pracą z tak wymagającymi uczniami ze względu na bariery językowe i kulturowe.

uchoIlustracja: Patricija Bliuj-Stodulska

Dzieci czują się osamotnione?

Tak, czują się obco poza murami ośrodka, ich relacje z polskimi rówieśnikami są wątłe i w ostatnim roku uległy jeszcze większemu osłabieniu. Od różnych, przypadkowych dorosłych słyszą, że są niepożądanymi darmozjadami, którzy powinni wynosić się do Turcji z naszego, katolickiego kraju… To są być może jednostkowe zdarzenia, ale odczuwane przez dzieci boleśnie, zapadają głęboko w pamięć. Wielu rodziców nie może stanowić dla potomstwa dostatecznego wsparcia i ochrony. Sami przeżywają trudne chwile, mają momenty załamań, dominuje w nich lęk, bezsilność. Bywa, że ze względu na słabszą niż ich dzieci znajomość języka polskiego muszą w urzędach czy u lekarza zdać się na pomoc swoich 8- czy 10-letnich córek i synów. Dzieci przechodzą przyspieszony kurs dorastania, ale to dorastanie ma bardzo kruche podwaliny.

Jakie są doświadczenia i problemy uchodźczyń?

Jednym z elementów programu „Polityka ochrony dzieci w ośrodkach dla uchodźców” są warsztaty dla matek dotyczące wychowywania dzieci bez używania przemocy oraz poznania zasad funkcjonowania procedur chroniących dzieci przed przemocą. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę realizuje ten program we współpracy z Urzędem do spraw Cudzoziemców. Podczas spotkań z uchodźczyniami staramy się stworzyć miłą atmosferę, przygotowujemy poczęstunek, zapraszamy do wspólnej rozmowy o dzieciach. Często okazuje się, że jest to zupełnie nowe doświadczenie w ich życiu. Nigdy wcześniej nikt nie rozmawiał z nimi o ich problemach związanych z macierzyństwem. Okazuje się też, że nikt nie pytał ich, jak sobie radzą w tej nietypowej sytuacji, nikt nie zasięgał ich opinii, nie interesował się tym, jak się czują i jakie mają potrzeby. Dajemy im możliwość używania różnych środków wyrazu dla opisania swoich potrzeb i stanów emocjonalnych. Dostają kredki i tworzą wspólne kompozycje. W ten sposób łatwiej się porozumiewamy, słabną bariery językowe. Kobiety otwierają się, dzielą doświadczeniami, marzeniami, problemami. A potem rozmawiamy o dzieciach, o wyobrażeniach dotyczących ich przyszłego życia, o planach z nimi związanych i jeszcze o metodach wychowawczych, trudnościach. Warsztaty mają swój plan, ale nie zawsze udaje się go zrealizować.

Dlaczego się nie udaje?

Kobiety biorą kredki i flamastry. Zaczynają pisać i rysować, jakie powinno być ich dziecko w przyszłości. Każda matka ma jakieś wyobrażenia o swoim dziecku, marzenia z nim związane. Te marzenia i plany są takie same jak polskich matek – to jest wspólne nam wszystkim. I na tym się zatrzymujemy, bo marzenia mamy takie same, ale możliwości ich realizacji już inne. W kobietach otwiera się trauma ich całego dotychczasowego życia: ciągłe zagrożenie bezpieczeństwa, lęk o los dzieci, rozstania wymuszone wojną i konfliktami, utraty bliskich, domu, dobytku, niepewność jutra, doświadczenia przemocy, gwałty, widok cierpienia, śmierci wylewają się w trudną do zatrzymania rzeką. Warsztaty edukacyjne zamieniają się w grupę terapeutyczną. Smutne i w pewien sposób zawstydzające jest to, że ta miła atmosfera, okazana życzliwość, wspólne spotkanie wywołały taki skutek. Uaktywniły traumę będącą tuż pod powierzchnią. Przecież my niewiele im dajemy, a dostajemy tak duże zaufanie, tak przerażającą opowieść o ich losie. I ciągle mi wstyd, że tak mało im pomagamy, wciąż tak niewiele mamy do zaoferowania.

zdjęcie 1

Uchodźczynie są ofiarami przemocy i wykorzystywania seksualnego?

Te kobiety są ofiarami wykorzystywania seksualnego i przemocy, również domowej. Zdarza się, że w ośrodkach dalej są ofiarami przemocy. Fundacja stara się wprowadzać tutaj pewne standardy dotyczącego reagowania na przemoc. Ale to nie jest łatwe. Bo jeśli w Polsce na osiedlu ludzie nie reagują na przemoc, bo się boją, to w ośrodkach tym bardziej. A uchodźczynie dodatkowo boją się, że jeśli ujawnią przemoc, to nie dostaną pozwolenia na pobyt. Są całkowicie uzależnione od mężów, boją się utraty dzieci. W muzułmańskiej kulturze, gdy następuje rozpad rodziny, to mąż zabiera dzieci. Niezależnie od okoliczności. Dzieci są własnością męża i jego rodziny.

One są takimi samymi kobietami i matkami, jak my.

Opowiem Pani pewną historię o dwóch cudownych siostrach Tadżyczkach. Obie były matkami, mającymi po kilkoro dzieci, w swoim kraju zajmowały się szyciem. Pokazały nam ubrania, które same sobie uszyły. Uciekły z Tadżykistanu. Nie miały nic. Powiedziały, że ich największym marzeniem jest maszyna do szycia. Bo wtedy odzyskałyby sens życia. Zorganizowaliśmy wtedy ze znajomymi tę maszynę do szycia. A drugiej z sióstr daliśmy też wełnę i druty, bo robiła pięknie na drutach. To było naprawdę wzruszające. Mam ich zdjęcie, pokażę Pani. Jak one płakały. Mówiły, ile dobrego je w Polsce spotkało i że Polacy to są tacy dobrzy ludzie. I że ja jestem ich drugą polską mamą.

Wystarczy im tak niewiele.

Tu nawet nie chodzi o tę maszynę do szycia. Gdyby lubiły nawlekać koraliki i przyniosłabym pudełko koralików, to pewnie zachowywałyby się tak samo. Tu chodzi o ten sygnał, że one są ważne, że są kimś o kim ktoś pomyślał, zadbał. Te kobiety opowiadały mi, że na samej granicy polskiej, gdzie dotarły wraz z dziećmi i zgłosiły prośbę o azyl, usłyszały: „Idźcie do Turcji. Tu nie ma dla was miejsca. Tu jest katolicki kraj!”… W trakcie prowadzonych przez Fundację zajęć kobiety piszą o swoich zainteresowaniach, mogą rysować, układać wiersze, napisać krótką opowieść o ulubionych formach spędzania wolnego czasu. I piszą na ogół: gotowanie, sprzątanie, haftowanie, opieka nad dziećmi. Pochodzą przecież z krajów, w których dziewczynki wychodzą za mąż, mając 16 lat, rodzą sześcioro, ośmioro dzieci, zamykają się w domu i tam realizują. Mówią nam wtedy, że to jest ich pierwsze takie w życiu doświadczenie, że ktoś je w ogóle pyta, jakie mają zainteresowania i co lubią robić. Cieszą się, że mogą coś narysować, znaleźć się na chwilę w innej roli. Bardzo to przeżywają.

Czy Program Dzieci Uchodźców wspiera także ojców?

Fundacja próbuje nawiązać kontakt także z ojcami. Mamy program dla ojców. Chcemy porozmawiać z nimi o tym, jak ważni są dla swoich dzieci, które są imigrantami, tracą ojczyznę, korzenie i bezpieczeństwo. Że są dla nich teraz całą ojczyzną. I jak dużą to oznacza odpowiedzialność. Gdy mamy do czynienia z muzułmańskimi mężczyznami, przekroczenie progu kulturowego jest trudne. Więc pracują z nimi mężczyźni. Kobieta nie miałaby żadnych szans. To jest dla nich trudne, gdy kobieta im mówi, jakimi powinni być ojcami. Czyli tak jak w Polsce, tylko milion razy bardziej.

Jak mogą pomóc zwykli ludzie?

Nawet jeśli nie mamy bezpośredniej styczności z uchodźcami, to także możemy jakoś pomóc. Każdy może zrobić paczkę z kredkami dla dzieci, przyborami szkolnymi i zanieść lub wysłać je do ośrodka. To już jest dużo. Jeśli zobaczymy w telewizji, że uchodźca trzyma smartfona, trzeba pamiętać, że to jest jego jedyne narzędzie porozumiewania się z krewnymi rozsianymi po świecie i szukania zaginionych. Dlaczego mieliby tego nie mieć? Uchodźcy przyjeżdżają z tobołkiem. Nie mają nic. I potrzebne jest wszystko. Oczywiście w ośrodku dostają pościel, koc, poduszkę. Okazjonalnie ośrodki dostają jakieś paczki. W niektórych ośrodkach, w których byłam, takie paczki, zawierające m.in. środki czystości, mydło, proszek do prania, dawał Caritas. Kobiety opowiadały także, że w pobliżu ośrodka w Lininie pomaga również ksiądz, który daje im mleko dla dzieci. Także zdarzają się takie przypadki. Ale to są raczej incydenty. Zwykli ludzie, niezwiązani z organizacjami pozarządowymi, raczej nie pomagają. Brakuje więc inicjatyw społecznych.

Europą wstrząsnęło zdjęcie ciała syryjskiego chłopca, który utonął, próbując przedostać się do Grecji.

Zasadniczo dostajemy wciąż tylko jednego rodzaju bodźce. Jednak łodzie są od nas bardzo daleko. A gdzie zobaczymy zdjęcia pokazujące, że ci ludzie tutaj cierpią, że trzeba im pomagać? Nie pokazuje się, co dzieje się z uchodźcami, którzy mieszkają u nas. Jakie są ich historie, doświadczenia, lęki. Tych głosów szczególnie brakuje. I brakuje pomocy zwykłych ludzi. Paczki z kredkami są przecież w zasięgu naszych możliwości.


Korekta: Michalina Pągowska

design & theme: www.bazingadesigns.com