Szwarc: Dopasowujesz się, żeby przetrwać, żeby nie być wciąż odbierana jako Inna [WYWIAD]

Obroniła ukończyła studia magisterskie na kierunku fotografia na Uniwersytecie Yale (New Haven, Conn.) oraz obroniła z wyróżnieniem dyplom licencjacki w School of Visual Arts w Nowym Jorku. Ma na swoim koncie wystawy indywidualne w Foley Gallery w Nowym Jorku, Claude Samuel w Paryżu, Amerika Haus w Monachium, a także w Maison de la Photographie w Lille. Jej prace były pokazywane podczas wielu wystaw zbiorowych m.in. w Londynie, Bilbao, Amsterdamie, Łodzi, Chicago, oraz ostatnio w Regen Projects w Los Angeles i Danziger Gallery w Nowym Jorku. Zdobyła wiele prestiżowych nagród, wśród których do najważniejszych należą: Nagroda Richarda Bensona Prize for Excellence in Photography (Yale University, 2015), Nagroda Arnolda Newmana Prize for New Directions in Photographic Portraiture (Arnold and August Newman Foundation, 2014), oraz World Press Photo (World Press Photo Foudation, 2013). Najbardziej znane cykle to „Rodeo Girls” i „American Girls”

Z Iloną Szwarc rozmawia Marta Konarzewska.

szwarc_ilona_1

Marta Konarzewska: Dwa szybkie synonimy słowa „tożsamość”?

Ilona Szwarc: Powtórzenie. Wersja.

Niedługo się zastanawiałaś…

Wersje powtarzają się szybko. (Śmiech). Tak naprawdę – bardzo długo o tym myślałam, w Stanach.

Twój najnowszy projekt artystyczny „I am a woman and I feast on memory” jest właśnie o tożsamości. Pracujesz z modelką, która wygląda jak ty i na którą nakładasz – jak sama mówisz – swój proces stawania się.Najpierw ją makijażem postarzasz, potem pogrubiasz, aż w końcu robisz odlew z jej twarzy, która jest w pewnym sensie twoją własną twarzą.

Najpierw zainscenizowałam sytuację, wybrałam kostiumy, rekwizyty, potem wprowadziłam dwie bohaterki. Podzieliłyśmy się z Sarah na role. W pewnym sensie, żeby zagrać tę samą osobę, żeby ten eksperyment się udał, musiałyśmy oddalić się od siebie. Musiałyśmy się rozdwoić, by nawiązać dialog i zbudować wielopłaszczyznową dynamikę. Ja odegrałam rolę charakteryzatora, ona zagrała modelkę. Długo zastanawiałam się też nad punktem widzenia narratora-fotografki, która tę historię opowiada. 

Ten projekt to medytacja na temat spotkania samej siebie w innym miejscu życia. Chciałam „zmierzyć się” ze  sobą samą, spojrzeć w przyszłość. Co to znaczy, gdy jestem młodą i starą osobą w jednej czasoprzestrzeni, utrwalona na tym samym zdjęciu?

Jak wyglądał casting? Od razu wiedziałaś, że szukasz sobowtóra?

Tak, ale najpierw wielu. Moje zainteresowanie sobowtórami wynika z mojego zainteresowania grupami kobiet, typologiami.

Wcześniej fotografowałaś amerykańskie dziewczynki, małe kowbojki…

Interesowała mnie grupa, paczka. I teraz także – najpierw robiłam różne zdjęcia z moimi dublerkami, ustawiałam się z nimi w takie pax. Ale czułam, że to wciąż nie jest to. Powoli rozumiałam, że chcę odejść od seryjności mojej fotografii, dążyć do zaangażowania się z jednym bohaterem-bohaterką trochę głębiej.

Sarah jest Amerykanką?

Tak.

To jest ważne?

Tak, bardzo ważne. To jest związane z moim doświadczeniem imigranckim i tym, jak je postrzegam. Kiedy robię casting na samą siebie, to ja jestem stroną aktywną, prawda? To ja jestem tą, która coś robi tej drugiej. To ja mam władzę. Ale – ponieważ Sarah wygląda tak jak ja, to w pewnym sensie ja sama, nie ona, jestem swoim obiektem.

Pytanie, kto jest właścicielem spojrzenia, jaka jest dynamika władzy w fotografii, jest dla mnie ważne. Jak mogę wyrównać tę stereotypową dynamikę przemocy spojrzenia w moich pracach? Jak mogę się pozbyć tego stałego męskiego aspektu? Stworzyłam więc trójkąt, w którym z każdej strony jestem ja. Ja na siebie patrzę, manipuluję swoim wizerunkiem, ja jestem obiektem, a nad tym wszystkim jestem ja jako reżyser. Bardzo mi zależało, żeby nie powtarzać tego, co już zrobiła w sztuce Cindy Sherman, manipulując na sobie samej.

No i jest jeszcze ten dodatkowy aspekt. W „normalnej” sytuacji – poza projektem, to Sarah ma władzę nade mną. To ja przyjechałam do Stanów, to ja muszę „podołać” spojrzeniu, to ja musze mieć passing.

szwarc_ilona_3

„I am a woman and I feast on memory” to wypowiedź o imigranckiej mimikrze?

W pewnym sensie. Po latach spędzonych na emigracji zorientowałam się, przez jak wiele różnych przemian musiałam tam przejść, nie zawsze jestem w stanie je nazwać, to były metamorfozy wewnętrzne, zewnętrzne, zmiana mojego wyglądu, tego jak mówię, jak się zachowuję, moja osobowość. Nie jestem pewna, czy jestem podmiotem postkolonialnym, ale bliskie mi jest to, co mówi Homi Bhabha o procesie mimikry: dopasowujesz się, żeby przetrwać, żeby nie być wciąż odbierana jako Inna. I to twoje dopasowanie, a kultura dominująca tego pilnuje, jest zawsze niepełne, zawsze z jest pewnego rodzaju błędem.

Zależało mi na odwróceniu procesu asymilacji kulturowej, dokonaniu go na kobiecie, która wygląda jak ja, ale nie jest naznaczona tą zmianą, tym procesem, nie doświadczyła tego, czego ja doświadczyłam, żeby mieć passing.

Używasz pojęcia, którym posługują się osoby trans.

Od nich się tego nauczyłam, robiłam projekt fotograficzny z dziewczynami trans, pomyślałam, że ich proces często przypomina mój.

One mówią  „mieć passing”, „przechodzić jako kobieta” „wyglądać wystarczająco na”, „uchodzić za” – to bardzo przypomina doświadczenie imigranckie.

Passing wiąże się z obrazem, tworzysz swój obraz, ubierasz się, tworzysz personę, próbujesz się wtopić. Próbuję wyglądać i brzmieć jak ludzie dokoła, ale nie uniknę błędów. Kiedy idę ulicą, wyglądam jak Amerykanka, ludzie są w stanie ulokować mnie nawet terytorialnie, mówią że jestem ze wschodniego wybrzeża (śmiech). Ale już z brzmieniem jest inaczej. Imituję intonację, ale jak ktoś ze mną chwilę dłużej rozmawia, pyta o akcent. To może być bardzo grzeczne pytanie, bez złej intencji, ale też zawsze ma w sobie coś passive agressive. Coś z przypomnienia: nie przynależysz. Wyobraź sobie, że ktoś cię codziennie pyta: hej, słyszysz swój akcent?

Teraz mieszkasz w LA, wcześniej w Nowym Jorku.

Pierwszy raz wyjechałam z Polski już w trakcie liceum, rodzice mi zorganizowali wymianę studencką i wtedy mieszkałam przez rok w malutkim miasteczku w Teksasie. Przeprowadzka z Warszawy do tak odległego miejsca, z dala od metropolii, była dla mnie szokiem kulturowym.

Po ukończeniu liceum wróciłam do Polski i potem znów wyjechałam, w 2008 roku, na studia.

Na czym polega specyfika inność podmiotu „Polka”?

Urodziłam się w PRL, dorastałam w okresie transformacji. Bycie w tamtym ustroju politycznym, przechodzenie przez te zmiany, to jest zupełnie inne dorastanie i bardzo konkretnie inny bagaż doświadczeń, niż ten, który mają osoby dorastające w Europie Zachodniej, a na pewno w Stanach.

Masz takie silne poczucie, że nie pochodzisz z najlepszego miejsca, jesteś skądś, gdzie nic się nie działo, gdzie coś się dopiero stawało, wszystko takie odcięte. Masz poczucie niższości, nie masz dostępu do tego, co gdzieś tam jest codziennością.

Kiedy stapiasz się z Sarah, realizujesz transformacyjny sen – być Amerykanką.

Tak, to prawda, ale to cudzy sen. To rodzice wysłali mnie do Stanów. Myślę, że to ich generacja była podatna na tę narrację.

szwarc_ilona_5

Boisz się śmierci?

(Pauza)

Starości? Brzydoty?

Chyba się nie boję – może się nie boję?

Na jednym zdjęciu Sarah staje się trupem. Jest martwym ciałem, zszarzała, prosektoryjna. To było bardzo poruszające przeżycie, być tak blisko trupa… siebie samej.

Kiedy studiowałam na Yale, oglądałam kolekcję mózgów i fotografii zachowaną przez sławetnego profesora medycyny i zapalonego fotografa Harvey’a Cushinga: co to znaczyło być tym człowiekiem, fotografować pacjentów, ich patologie i deformacje, podtrzymywać ich i ustawiać do zdjeć? Fotografia medyczna miała ogromny wpływ na mnie. I procedury u chirurgów. Tną cię do piękna, do kanonu. Cierpisz, by się tam dostać.

Postarzając, „pompując” ciało Sarah próbowałam zilustrować wewnętrzny dialog, jaki możesz przeżywać. Dopasowujesz się po prostu, czy przybliżasz do różnych tożsamości? Ciało jest formą, w ciele można kroić, biologia nie determinuje finałowej formy, ciało można przekrawać, zmieniać. Czasem brutalnie.

Na zdjęciach jesteś dla siebie brutalna. Krzywdzisz się.

To nie ja. To rzeczywistość. Kultura. Sporo myślałam też o roli eksperta w życiu kobiety. Na początku lat 90. zaczęło to wchodzić, pamiętasz? Te wszystkie programy telewizyjne, gdzie przychodzi kobieta i nigdy nie jest wystarczająca, co by nie wybrała, zawsze źle. Zawsze to jest faktor, nie można się obudzić i być, tylko trzeba przyjść make over. Pojawia się mężczyzna, ekspert, ciach ciach, inna spódnica, inne włosy, i jesteś nowa ty i masz lepsze życie. Często matki są takimi ekspertami, mówią, takie kolory pasują do siebie, takie nie, itd.

Jak większość z nas dorastałam w patriarchalnej rodzinie, role były sztywno podzielone, mama wychowała dzieci, ojciec miał karierę, podobnie oczekiwano ode mnie i od braci.

Odnosisz się do różnych rodzajów sztuki. Jakie są twoje główne inspiracje?

Chciałam włożyć w ten projekt moje zainteresowania wszelką sztuką i historią sztuki. Są odniesienia do rzeźby, ale rownież filmu i teatru. I oczywiście malarstwa.

Te mięsne panny?

Tak, różowe. Picasso. Gdy kroję skórę, to wszystko jest zakamuflowane w barwach, na początku możesz nie zauważyć, co tu się dzieje…

Dalej: postmodernizm. Mój główny problem, którym staram się rozwikłać to pytanie: co to znaczy robić image – obraz? W fotografii, malarstwie, rzeźbie, filmie, w każdym ze środków wyrazu.

Inspiruje mnie Gillian Wearing i jej maski. Maski samej siebie. Masz na sobie coś, co wygląda jak ty, ale nie prezentujesz się bezpośrednio. To ci daje psychologiczną przestrzeń, aby się bardziej odsłonić. Paradoksalnie.

Inspiruje mnie Mathiew Barney i jego materia. Silikonowa maska jest w pewnym sensie idealnym portretem. Jest indeksykalna. Kiedy staniesz stopą na piasku, to się odciska. Tak samo jest w fotografii – światło nachodzi na kliszę i to jest fizyczne, fotografia jest indeksem. A maska jest indeksem idealnym. Idealnym portretem. Dla mnie to ważne, bo się wiąże z samą istotą zdjęcia.

szwarc_ilona_4

Dajesz też rozmaite sygnatury polskości. Co ciekawe – przez folk.

Tak. To ważne, to także moja własna sygnatura. Powrót do estetyki renesansowej w części projektu też nią jest. To powrót do mojej kultury, staro-europejskiej staroeuropejskiej, do obrazów, które jako dziecko oglądałam w kościołach. No i folk, też oczywiście. Zakopiańskie chusty. Co ciekawe, kultury folkowe są do siebie na całym świecie bardzo podobne. W Stanach myślą, że może to meksykańskie chusty, albo może skandynawskie.

Definiujesz się jako artystka feministyczna?

Tak.

A cyberfeministka? Nie zdradzę, jak, to trzeba zobaczyć, ale w pewnym sensie – dwie kobiety tworzą trzecią.

Tak, rozmnożyłyśmy się z Sarah, tak to można zinterpretować, stworzyłyśmy w tym procesie jeszcze jedną z nas.

Często przyjeżdżasz do Polski?

Raz na rok.

I jak się tu teraz czujesz?

Pare dni po tym jak przyjechałam ostatnio, był czarny protest, dołączyłam. Wspaniałe przeżycie, wszystko takie super socjalne, super pokojowe. Miałam wrażenie, że kobiety się zaprzyjaźniają, że łączy je coś wyjątkowego. W ogóle dzieje się coś wyjątkowego, widzę to także w mojej rodzinie. Kwestie feminizmu nagle się pojawiają przy obiedzie niedzielnym, wszyscy są zaangażowani i o tym myślą.

To oczywiste, że premier Polski ma fasadę Kobiety, wydaje się nie być połączona ze swoją kobiecością, z doświadczeniem życia jako kobieta.

Współczesny rząd uniknął po prostu rozgrywania woman card, jak było w Stanach.

Kolejna sprawa, którą bardzo się czuje, to przełom tożsamościowy, który myślę, że nastąpi wkrótce w Polsce i całej Europie, związany z uchodźstwem. Przewartościowywanie tożsamości, tych narodowych i w ogóle tożsamości. Stany przeszły największa falę identity politics w latach 80. – razem z prawami osób LGBT, wybrzmieniem tego w sztuce, kulturze, z prawami osób czarnoskórych, kobiet. Niepokojące są nacjonalistyczne nastroje w polityce europejskiej, a teraz też amerykańskiej. Wolałabym raczej obserwować przyjęcie Innego w kontekście naszej europejskiej tożsamości. Boję się tego kurczowego przywiązania do jednej identyfikacji, definiowania się w sposób skończony, myślę, że tożsamość jest procesualna, podatna.

Głosowałaś na Hilary Clinton? Jaki wpływ ma wynik wyborów na tożsamość współczesnych Amerykanek? I imigrantek?

Tak, głosowałam na Hillary Clinton. Gdyby wygrała, to by znaczyło, że nadchodzi dobry czas dla kobiet, przełom w amerykańskim patriarchacie. Dużo rzeczy w kulturze mogło zostać przepracowanych. Dużo zmian mogło nastąpić. Wynik wyborów jest druzgoczący dla tożsamości współczesnych Amerykanek, imigrantek, reprezentantów wszelkich mniejszości. To krok wstecz i zaprzeczenie fundamentalnych wartości, na których zbudowane jest USA.

Mój projekt jest wypowiedzią o tożsamości, umiejscawiając się w kulturze po przemianach ostatnich lat, w szczególności mam na myśli ruch na rzecz osób transpłciowych, który bardzo mocno, choć w różny sposób, zaznaczył się zarówno w Polsce, jak i w Stanach. To nie jest już ten sam feminizm, co w latach 70. To nie są problemy Cindy Sherman, czy Ewy Partum i Natalii LL w Polsce. To rozterki o tożsamości związane z multikulturowością, filozofią gender, technologią, integracją Innego.


O wystawie (wisi do 11 grudnia).
Więcej.

design & theme: www.bazingadesigns.com