Palińska: Bajzel w głowie

Kobiety lubią mieć wokół siebie porządek. Mężczyźni to beztroscy bałaganiarze. Tak, z grubsza rzecz biorąc, można przedstawić obiegowe opinie na temat tego, jak ludzie dbają o ład w swoim otoczeniu.

drawing2

Dyskutowanie z seksistowskimi sądami (rozpoznajemy je zwykle po frazie wstępnej, najczęściej: „każda kobieta”, „każdy mężczyzna”, dość rozpowszechniona jest także „każda normalna kobieta”) przypomina zarazem gonienie własnego ogona i udowadnianie, że nie jest się wielbłądem. Bo w tym konkretnym przypadku, chcąc sobie rościć prawo do bałaganiarstwa i nie zbierania po nikim nie swoich zabawek, z reguły trzeba zacząć: „Ja jestem kobietą, a jednak nie sprzątam”, co niestety za sprawą automatycznego i błyskawicznego hokus-pokus ustawia nas w rzędzie owych wielbłądów, które jakie są – każda i każdy widzi i wie. Po pierwsze primo więc – nazwanie siebie „kobietą” sprawia, że tracimy wszelką kontrolę nad tym, co taki komunikat oznacza w odbiorze innych osób (a znaczy oczywiście zupełnie co innego, niż dla nas samych) i przysłania resztę tego, co mamy do powiedzenia, przestajemy w pierwszej kolejności oznaczać same siebie, z całą zawikłaną złożonością naszych doświadczeń i osobowości – stajemy się wariantem tego samego modelu. Po drugie primo – jako tenże model, grając już według cudzych zasad, tłumaczymy własną normalność jako odstępstwo od powszechnie obowiązującej modelowej normy. Po trzecie primo, przylega też do nas mimochodem łatka leni i osób niechlujnych, bo manifest „nie sprzątam” trudno oddzielić od „nie sprzątam przesadnie” – co sprawia, że dyskutować z nami, czy słuchać naszych opinii warto jakby mniej.

Osobnym tematem jest, na ile we współczesnych gospodarstwach domowych ich mieszkańcy i mieszkanki dzielą się obowiązkami, a na ile wykonują je „przesadnie”. Które czynności są niezbędne dla funkcjonowania komórki współlokatorsko-rodzinnej, a które stanowią przejawy pedanterii i uprzykrzają życie zamiast je ułatwiać? Co jest niezbędne? Dla niektórych posiadanie czystego talerza, z którego zjemy śniadanie i kubka na poranną kawę to jest absolutny, podstawowy i nie kosztujący wiele wysiłku „must have”. Dla innych niekoniecznie. Wystarczy przecież strzepać pobieżnie wczorajsze okruszki, a w kubku, który służył poprzedniego wieczora zaparzyć sobie „kawbatę”. Mój chłopak nie sprząta, pościel zmienia raz na pół roku. Czas dzieli pomiędzy nielubianą pracę a intensywne rozwijanie pasji, dlatego zamiast się czepiać trzymam u niego własny śpiwór. I skrycie mu zazdroszczę.

Ponieważ dysponuję ostatnio większą ilością wolnego czasu niż ta, której bym sobie życzyła (prowadzę niewielką firmę, ilość zleceń znacząco spadła), zastanowił mnie coraz większy ład, panujący w moim otoczeniu. Nie, nie poleruję lamp i nie myję okien co drugi tydzień (ani nawet miesiąc), niemniej ilość czasu, jaką zaczęłam poświęcać na to, by utrzymać miejsce zamieszkania w stanie względnej stabilności, ogarnięcia i zadbania – zastanowiła mnie. Zawsze byłam bałaganiarą. Sprzątanie odbywało się co kwartał lub dwa kwartały i tylko po to, by pozbyć się z otoczenia kilku worków szpargałów, które w międzyczasie zgromadzone zaległy na wszystkich dostępnych powierzchniach siłą bezwładu.

Teraz siłą bezwładu, zdaje się, zaległam ja sama. Niepowodzenia w pracy, mało i coraz mniej kasy, monotonia dnia codziennego, kolejne rozczarowania i odbijanie się od na pozór szeroko otwartych drzwi. Ja, osoba o zawsze zajętej głowie i rękach, zaczęłam zaliczać coraz dłuższe okresy przestoju. I jednocześnie odkryłam, że jestem w stanie poświęcić czas, którego, zniechęcona do cna, nie poświęcam na kolejną próbę wyrwania się z tego przeklętego marazmu – na sprzątanie. Nigdy nie kończący się rytuał zmywania naczyń i przecierania blatów w kuchni. Kolejne czyszczenie pieca, bo kawiarka jest nieszczelna i przecieka, kiedy kipi. Przenoszenie rzeczy z salonu do pokoju i z pokoju do salonu, bo ciągle któraś książka albo któryś kabel wylądowały nie tam, gdzie ich miejsce. Wynoszenie pięciu worków posegregowanych śmieci – zawczasu, zanim zdążą się przepełnić. Zbieranie i składanie porzuconych wcześniej w pośpiechu ubrań. Pedantyczne układanie papierów i dokumentów we właściwych (!) segregatorach. Amen. Poczucie spełnienia.

Oczywiście, spełnienia jakże małego, iluzorycznego i nietrwałego – ale także w tym jego wartość. Stosunkowo niewielkim nakładem sił (psychicznych!) i środków, osiągam namiastkę błogiej harmonii; na pięć minut, pół godziny, może nawet dzień – a potem ceremoniał można spokojnie powtórzyć, odurzyć się swoim boskim sprawstwem w stosunku do sprzętów domowych. Absolutna kontrola nad mikrokosmosem wynajmowanego mieszkania spoczywająca w moich rękach. Kontrola, której brak mi w życiu, w pracy, w kontaktach ze światem. Blednie odrobinę poczucie frustracji i bezsilności wynikające z faktu, że w tej partii kart, choć teoretycznie mam w ręku cały kolor, to zawsze ktoś inny wygrywa, w ostatniej chwili wyciągając z rękawa dodatkowe asy – czy to w postaci „odpowiedniejszej” dla mojego zawodu płci w metryce, niż moja własna, czy to łagodniejszego, milszego usposobienia (uprzejmość nigdy nie wystarcza!) i bardziej „kobiecego” wyglądu w przypadku tej samej, co moja. Homogeniczny światek kraju nad Wisłą nie znosi wyrazistych ludzi płci żeńskiej, o krótkich, sterczących pionowo włosach, zamaszystym, długim kroku i zbyt wielu „męskich” cechach – a może zbyt niewielu „kobiecych”? Tak czy inaczej, nie będzie z nimi negocjował warunków, po prostu zignoruje ich istnienie. Moje istnienie.

Tak więc na marginesie rozmyślań znad kosza z brudnymi ciuchami, od głębokiego zastanowienia nad własnym neofickim zapałem do zmywania podłóg i absurdalnym zapętleniem się w jałowych, niesatysfakcjonujących i nierozwijających czynnościach doszłam do głębokiego zrozumienia dla przywiązania tylu kobiet do ich domowych ról. To prawdopodobnie zbyt często jedyny pewnik, jaki posiadają. Jedyna sprawa, której wynik będzie zależny jedynie od włożonego wysiłku, a na koniec nie nastąpi przykry dysonans – polegający na tym, że nagrody i satysfakcji nie ma, mimo że wedle ustalonych wcześniej reguł, powinna była nadejść. Tak często odmawia się nam, ludziom z macicami, tej nagrody na co dzień – nasze działania i sukcesy ignorując, wytwory naszych rąk i głów szeregując wiecznie w drugiej połowie stawki, mówiąc nam: „nieźle, jak na kobietę” albo nawet: „tylko kobieta zrobi to dobrze” i przydzielając do zadań trzecioplanowych. W końcu zaczynamy bać się kolejnych prób, zaczynamy unikać kolejnych rozczarowań i otaczamy się bezpiecznym kokonem tego, co znane i ogarnięte – ciepłą przestrzenią naszych domów. Przewidziana w tej sferze nagroda oczywiście zawsze jest śmiesznie nieznaczącą nagrodą pocieszenia, ale, kto wie, być może uaktywnia wydzielanie właściwych hormonów? Chroni przed popadnięciem do reszty w apatię i depresję? Przypuszczalnie, narzucanie rzeczywistości określonych ram, ładu i cieszenie się nim choćby przez chwilę, na mgnienie oka posiadanie poczucia sprawstwa i czerpanie siły z owoców własnej pracy jest niezbędne każdej ludzkiej jednostce do zachowania higieny psychicznej. To, że tyle z nas się do tego ograniczało, gdy Betty Friedan pisała swoją „Mistykę kobiecości” i że tyle z nas być może znajduje w tym ucieczkę dzisiaj, gdy tzw. „kryzys” spycha nas na coraz dalsze peryferia prekariatu – na skalę naszych głodnych jakiegokolwiek uznania głów wydaje się być tragicznie wystarczające.

Skąd biorą się stereotypy na temat płci? Oczywiście, to samosprawdzające się przepowiednie przeradzające się z czasem w niby-suche statystyki, obserwacje dnia codziennego poparte anegdotami znajomych oraz nieustanna, czujna presja, by wciskać się w przyciasne ramy tego, co dla nas przewidziane. Jednak źródeł wizerunków płci można też szukać w sposobach, na jakie kobiety i mężczyźni odnajdują się w świecie. Pracuję w branży, gdzie facetom jest łatwiej, jak i zresztą w przytłaczającej większości branż. Więcej, niż wystarczająco opanowawszy wszystkie niezbędne umiejętności i mając poczucie, że jestem dobrą fachowczynią, nigdy nie miałam poczucia, że jest to doceniane, a nawet – że to jest to, czego się ode mnie w ogóle oczekuje. Nade wszystko oczekuje się ode mnie tworzenia miłej atmosfery, której moi koledzy po fachu nie muszą tworzyć, a która raz wytworzona – obniża autorytet moich pracujących w zawodzie koleżanek. Nie tak definiuję swoją rolę i obowiązki zawodowe, nie jestem taką osobą. W ramach robienia porządków domowych w czasie, który powinien być przeznaczony na robienie pieniędzy – zechciałam przy okazji posprzątać sobie nieco w głowie. I myślę sobie na koniec – czas nabałaganić feminizmem w tym szowinistycznym świecie.

PS. Wszystkim hejterom z góry dziękuję za poświęcony czas i uwagę, niemniej wasze zaangażowanie wydaje się być jałowe – nie ma bowiem żadnego powodu, dla którego miałabym nie dzielić się opowieściami o moim życiu czy moimi myślami : )

Iza Palińska

Ilustracja Aleksandra Kamińska

design & theme: www.bazingadesigns.com